poniedziałek, 30 stycznia 2017

C(z)aS na kartki.

Czas najwyższy, bo styczeń się kończy. W styczniu w Anulkowej zabawie>> tematy wymyśliła sama szefowa, a szefowej się nie odmawia:-) więc posłusznie wykleiłam kartki, tylko zupełnie nie mogłam znaleźć chwili na obfocenie i opublikowanie. Trochę szkoda, że nie udało mi się złapać do zdjęć dziennego światła, ale cóż... 
Kartki jak zwykle clean&simple, ze szczególnym naciskiem na "simple", chociaż jak wycinałam nożyczkami te wszystkie elementy, to pomyślałam sobie, o ileż było bardziej "simple" wreszcie kupić sobie trochę papierów i podstawowego sprzętu. Tylko jakoś czasu nie mogę znaleźć, żeby te wszystkie sklepy oblecieć, więc jeśli macie jakieś ulubione i godne polecenia sklepiki scrapbookingowe w internecie, to chętnie przyjmę wskazówki.
Kartka wielkanocna nr 1, na której jest chyba wszystko z "bingowej" tabelki oprócz zwierzaka i sznurka. Moje ulubione klimaty folkowe... ;-)



Kartka wielkanocna nr 2, tym razem nie ma kwiatków i czerwonego, całej reszty można się chyba doszukać. Fatalnie wypadł ten zielony na zdjęciach, w rzeczywistości jest bardzo wiosenny i "soczysty".



Trzecia karteczka okolicznościowa pasuje chyba na każdą okoliczność, robiona według przekątnej: kwiat, napis, ramka, chociaż zawiera też grafikę (źródło>>) i w śladowych ilościach zielony i czerwony.



Mam nadzieję, że zadanie zaliczyłam;-) 
To teraz jeszcze formalności,  banerek z karteczkami styczniowej projektantki, czyli Ani>>:


i bingo, które wyglądało tak...


A na zakończenie oczywiście obowiązkowy kolaż moich kartek.


Pozdrawiam serdecznie i lecę pooglądać inne karteczki  i nie tylko ;-) 
P.S. Bardzo Wam dziękuję, za komentarze i słowa wsparcia pod ostatnim postem, to oczywiście bardzo miłe i robi się cieplej na serduchu, chociaż tak naprawdę żadnej wojny niestety na razie nie wygrałam, ale zapunktowałam w pierwszym starciu i mam nadzieje, że następnych bitew nie będzie ;-) 
No i pamiętajcie, jaki był cel tej mojej pisaniny.



wtorek, 24 stycznia 2017

Bez tytułu...


To będzie długi post, ale dla mnie bardzo ważny, może dlatego miałam problem z tytułem.
Wiele razy przymierzałam się do takiego posta, który chociaż trochę dotknie spraw, którymi min. zajmuję się poza blogowym światem, ale jakoś nigdy nie byłam do końca pewna, czy powinnam tutaj o tym pisać, a przede wszystkim, czy chcę. Te dylematy wróciły do mnie zupełnie niespodziewanie ostatniej niedzieli, kiedy zabrałam się za wykończenie pewnej pracy, ale może po kolei...
Dawno nie brałam udziału w lekcjach decu, które prowadzą na zmianę Renia>> i Justynka>>. Mimo zachwytu nad efektami, które pokazują fachowcy w tej dziedzinie, ciągle mnie do tej mokrej roboty nie ciągnie. Tym razem postanowiłam jednak coś dorzucić do zabawy, bo w zasadzie, to nie musiałam wiele robić, aby wpasować się w temat "kleimy wszystko, co nam wpadnie w ręce"
Mam na półce takie oto pudełeczko...


Przechowuję w nim kartki z życzeniami, jak już zejdą z wystawy. Całe pudełko (po butach oczywiście)  kiedyś wykleiłam gazetami i wzmocniłam w środku dodatkową warstwą tektury, potem pomaziałam białą farbą i wykleiłam wydrukowanymi mandalami. Temat zabawy zmobilizował mnie tylko do tego, by je wykończyć, czyli przeszlifować delikatnie i nałożyć drugą warstwę lakieru. Znowu wyszło klasyczne B&W, ale cóż, taka moja uroda;-)




 Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z decu, ale wyklejone jest, więc może żabcia przełknie:-)


No i właśnie to pudełko, a właściwie mandale na pudełku spowodowały, że znów przyszło mi zmierzyć się ze swoim niezdecydowaniem..
Dobre dwa lata temu był w moim życiu taki czas, kiedy musiałam odstawić  swoje robótkowanie. Ironia losu polegała na tym, że nie bardzo miałam siłę na wyplatanie z gazet, które wtedy u mnie niepodzielnie królowało, a moja głowa strasznie potrzebowała zajęcia. I wtedy zaczęłam rysować mandale, ot kolejne dziwactwo;-). Nie pisałam o tym swoim rysowaniu na blogu (tu był mały wyjątek>>), bo jest z nim  trochę tak jak z pisaniem wierszy do szuflady;-). Dziś robię to zdecydowanie rzadziej, ale mam ich niezłą kolekcję, są takie czarno-białe, jak ta którą sobie oprawiłam, bo to  moja pierwsza...


ale są też mocno kolorowe, wszystko zależy od nastroju, może kiedyś pokażę ich więcej.
Bo w tym rysowaniu nie chodzi wcale o mandale, czy jakieś psychologiczno - magiczne teorie, ale o sam proces ich powstawania. To zajęcie wymagające dużego skupienia i tak wciągające, że jak już się zacznie, to zapomina się o całym świecie, a to akurat bywa czasem potrzebne każdemu ;-)

Nigdy wprost nie napisałam też na blogu, że choruję na raka, ale  część z Was wie, bo poznałyśmy się trochę lepiej, a część pewnie się domyśla, bo tak się złożyło, że blog towarzyszył mi w chorobie więc pewnie łatwo można było wyczytać to między wierszami. Dziś też nie piszę o tym dlatego, żeby cały świat się dowiedział, jaka to ja biedna. Nie ja pierwsza i niestety nie ostatnia. Przywykłam, nauczyłam się żyć na nowo, bywa różnie jak w każdym "normalnym" życiu. Ważniejsze, chociaż czasem trudniejsze jest to, że kiedy tylko mogę staram się swoją historię przekuć w coś dobrego angażując się w profilaktykę chorób nowotworowych wśród kobiet. Głównie dlatego, że w naszym kochanym kraju (szczególnie tym moim -"małomiasteczkowym") coś takiego jak profilaktyka właściwie nie istnieje, a ja sama jestem doskonałym przykładem tego, do czego prowadzi brak odpowiedzialności za własne zdrowie. Oczywiście mogłabym zaraz się wytłumaczyć, że przecież nie miałam czasu, że życie pędzi, że miałam setki ważnych problemów na głowie, że jestem za młoda na raka, że jak to mówią co niektórzy "lepiej nie wiedzieć", że mieszkam w grajdole, gdzie do lekarza daleko itd., itp.... Poza tym czułam się całkiem dobrze,  tylko "krzyże" mnie czasem bolały (a kogo nie bolą?), bywałam zmęczona (a kto nie jest?) trochę schudłam (a to akurat super;-)) ale wyniki badań podstawowych, które zafundowałam sobie w wersji rozbudowanej z okazji urodzin miałam wyśmienite. Wymówek można znaleźć tysiące, ale one czasu nie cofną. Nie zawsze da się w porę wykryć chorobę, ale są takie odmiany - typowo kobiece - które można wykryć bardzo wcześnie, jeżeli tylko pilnuje się badań profilaktycznych. Wiem że wiele z Was bardzo dobrze o tym wie, ja też wiedziałam, ale wiedza to jedno, a praktyka to zupełnie co innego
Sama trafiłam do lekarza właściwie przez przypadek, trochę to trwało zanim padła ostateczna diagnoza, ale była dla mnie tak szokująca, że na początku byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Stopień zaawansowania nowotworu był ostatnim, w którym podejmuje się jeszcze próbę wyleczenia, chociaż statystyki są mało obiecujące. Mogłabym długo opowiadać o  chorobie, o leczeniu i o tym jak mierzę się z wiecznym strachem i życiem zawieszonym pomiędzy dwoma różnymi rzeczywistościami, ale nie o tym jest przecież ten blog i nie taki jest cel tego dość wyjątkowego posta.
Chodzi mi  sprawę zdecydowanie ważniejszą, chyba "dorosłam" do tego by i tutaj na ten temat napisać, odważnie i wprost, tym bardziej, że przecież nasza część blogosfery, to świat mocno kobiecy. Właśnie trwa tydzień walki z rakiem szyjki macicy, więc z tej okazji chciałam Was poprosić  abyście były  dla siebie dobre i o sobie nigdy nie zapominały.  Bo dopóki nie boli i przynajmniej pozornie nic się nie dzieje jest prawie stuprocentowa szansa na wyleczenie, jeżeli coś złego nas dopadnie. Liczenie na to, że problem nas nie dotyczy i że mamy na głowie ważniejsze sprawy to głupota, za którą można zapłacić  nie tylko swoim zdrowiem i życiem, ale także strachem i cierpieniem osób nam najbliższych. Z doświadczenia wiem, że mój przykład podziałał na kobiety w moim otoczeniu, może dzięki temu co napisałam, zadziała na kogoś także tutaj.
Na zakończenie, dla tych którzy nie lubią za dużo czytać;-) grafika, która zgodnie z celem dla którego powstała, wędruje sobie po blogach i Facebooku, a której autorką jest  Anuk>>. Jej blog podczytuje od dawna, bo chociaż ma cięty język i bywa, że wsadza kij w mrowisko, to bardzo celnie opisuje ten mój "drugi"  świat.


Żeby rozwiać wszelkie domysły i spekulacje dodam jeszcze, że kilka dni temu minęły dwa lata, od dnia kiedy zakończyłam radykalne leczenie, na razie jest dobrze i tego się trzymam:-)

czwartek, 19 stycznia 2017

Problemy kominowe.

Kominy, a w zasadzie to, co się z nich wydostaje, to ostatnio dość głośny problem. Miejski smog mnie jakoś bezpośrednio nie dotyczy, to zaleta mieszkania na obrzeżach niewielkiej mieściny, aczkolwiek gdyby ktoś się o jakieś specjalistyczne pomiary pokusił, to kto wie...
Jedno wiem na pewno, dziś ze smogiem nie mam  nic wspólnego, bo wysiadło mi ogrzewanie i z mojego komina nie ulatnia się absolutnie nic, za to w domu mam temperaturę wczesnowiosenną. Nie bardzo daje się w tym domu siedzieć i pracować, więc późnym popołudniem uciekłam na rozgrzewający, szybki spacer zimowy.  Oprócz najwierniejszego domowego spacerowicza zabrałam ze sobą aparat i... komin.
Ten komin dał mi nieźle popalić. Po pierwsze strasznie wolno go przybywało, ze względu na duży deficyt wolnego czasu,  po drugie stale się myliłam i prułam;-), a po trzecie, to mój pierwszy komin szydełkowy, więc wyszedł mi trochę za mały. Miałam w planach wydziergać sobie składany podwójnie komin, którym opatulę nie tylko szyję ale i głowę. Nakrycie głowy bardzo by mi się przydało. Odkąd pamiętam nie noszę i nie znoszę czapek. Każda ciepła czapa (te z polarem też;-)) wywołuje u mnie swędzenie i piękną czerwoną obwódkę na czole. Bardzo dawno temu miałam wydziergany własnoręcznie na iglicach kolorowy komin, który nic mi z czołem nie robił, więc straszona solidnym mrozem postanowiłam sobie sprawić komin szydełkowy...












Niestety komin wyszedł mi troszkę za krótki i za wąski. Da się nim owinąć głowę i szyję, ale dość ciasno, więc wolę go nosić tylko na szyi. Uspokajam zatroskanych, że nie biegam z gołą głową po mrozie. Używam po prostu solidnego kaptura od kurtki, więc akurat z głową wszystko u mnie w porządku (przynajmniej tak mi się wydaje;-)). Powstał z bardzo miękkiej, grubej i cieplutkiej wełenki dropsowej "Big Merino", którą mogę z czystym sumieniem polecić na zimowe wyroby i zagwarantować, że jeśli mnie nie gryzie, to nie pogryzie nikogo:-) 

Wzór wygrzebałam tutaj>> i efekt na tej stronie strasznie mi się podoba, więc może na następną zimę spróbuję jeszcze raz. Tymczasem ciągle wisi mi na szydełku trochę inny pomysł kominowy i chciałbym bardzo jeszcze tej zimy wypróbować jego mrozoodporność. Jest nadzieja, że się uda :-)
Pozdrawiamy zimowo...


ale na szczęście coraz cieplej ;-)

niedziela, 15 stycznia 2017

Gadulstwo bywa zaletą;-)

Wiem, że jestem blogową gadułą, ale zawsze lubiłam pisać wypracowania, a że tak się jakoś poukładało, że moje życiowe wybory nie poszły w strony humanistyczne, to teraz wyżywam się "literacko" na blogu :-D.
Przy okazji wyplecenia sobie tej gazetowej podkładki>> rozgadałam się jak zwykle, dzieląc się oczywiście całą historią jej powstania i nadmieniając przy okazji, że brakuje mi serwetki na stół. Jak to w blogowym świecie bywa, szybko znalazł się ktoś, kto postanowił mi taką serwetę wydziergać. Tym kimś jest specjalistka od szydełka i nie tylko, czyli Beatka, z bloga My kobiety>>. Serwetka, a właściwie serweta o średnicy ponad pół metra dotarła do mnie w piątek i zaraz trafiła na stół, nawet została wyświęcona, bo akurat tego dnia odwiedził mnie ksiądz po kolędzie.
Prezentuje się przepięknie i bardzo mi się podoba. Co ciekawe została nawet zauważona przez ten "sort" domowników, dla którego takie detale domowego ogniska jak serwetki są raczej niezauważalne. Kiedy już "wymacałam" i  przyjrzałam się dokładnie precyzji z jaką została wykonana, to stwierdziłam, że jeszcze wiele się muszę namachać szydełkiem, żeby takie równiutkie, szydełkowe koroneczki wydziergać.
Dziś zapraszam Was więc do stołu:-)







Beatko serdecznie dziękuję i obiecuję się wywiązać z naszej umowy najszybciej jak się da.

Rozłożenie tej pięknej serwetki na stole, to był mój jedyny kontakt z rękodziełem w minionym tygodniu, "dobra zmiana" niestety skasowała mi nawet wolne wieczory, przynajmniej na jakiś czas :(

Pozdrawiam  :-)

niedziela, 8 stycznia 2017

Lekarstwo na niż.

Zima zawitała za oknem odpłacając nam długą nieobecność całkiem słusznym mrozem. Do tego mrozu wczorajszego wieczora dołączył śnieg, który skrzył się dziś w pięknym słońcu. Taka zimę to ja nawet lubię;-).  Zanim jednak zrobiło się tak pięknie kolejne niże skutecznie wyłączyły moją ochotę na jakąkolwiek aktywność, poza tą konieczną do istnienia.  Kiedyś lubiłam taką wietrzną pogodę.  Docenia się wtedy ciepło domu, a odgłos wiejącego wiatru doskonale zastępuję radio. Dziś niestety taka pogoda daje mi w kość i to dosłownie, widocznie szybko się starzeję;-) Ale wszystko ma swoje plusy, bo dzięki tej niżowej niemocy mogłam sobie z czystym sumieniem podziergać zalegając pod ciepłym kocykiem. Każdy kolejny wieczór wyglądał więc tak samo...


A co do dziergania, to pomysłów i planów mam zdecydowanie nadmiar. Wszystko dzięki prezentowi gwiazdkowemu, który sobie sprawiłam. W przypływie zakupowego szaleństwa przedświątecznego nakupowałam całą masę włóczek do testowania. 
Ta włóczka, którą widać na fotce to "mercedes" we włóczkowym świecie. Ręcznie barwiona, stuprocentowa wełna z merynosów - włóczka Malabrigo Lace. Ten rodzaj naturalnej wełny, to jedyny, który nie robi wrażenia na mojej wrażliwej skórze (mnie nawet akryl potrafi podgryzać). Patrząc na ceny włóczek z wełny merynosów myślę sobie, że widocznie jestem kobieta luksusowa:-D. Tego "mercedesa" kupiłam dwa motki w wersji mocno cieniowanej (odcień 862, Piedras) z przeznaczeniem oczywiście na cieniutką chustę. Przekonałam się osobiście, jak takie ręcznie farbowane motki różnią się od siebie, chociaż pochodzą z tej samej partii farbowania. Chustę wydziergałam z jednego motka dodając tylko dwa rzędy i zakończenie z drugiego, różnica jest dość dobrze widoczna na zdjęciach. Wzór>> znów ten sam co tutaj>>tutaj>> i tutaj>>, czyli znany i sprawdzony, bo na takiej włóczce wolałam nie eksperymentować, za to efekt jak dla mnie zupełnie inny. Zresztą z tych wcześniejszych chust, to tylko jedna została u mnie.
Trochę mnie to "dziubanie" z cieniuteńkiej nitki nużyło, ale wczoraj udało mi się nareszcie skończyć i zblokować. Zdjęcia w scenerii dzisiejszego późno-popłudniowego, zimowego spaceru...













Słoneczko już prawie zdążyło się schować, więc trudno było złapać aparatem rzeczywiste odcienie włóczki, które są trochę inne niż na zdjęciach, ale za to możecie sprawdzić dokładnie ile razy się pomyliłam przy dzierganiu;-)


Jestem zachwycona delikatnością  tej chusty. Może to nie jest wersja  odpowiednia do pogody, ale w końcu niedługo wiosna;-). Został mi jeszcze prawie cały motek włóczki, na który chwilowo nie mam pomysłu...


a w zasadzie mam pomysł całkiem szalony i w tym celu postanowiłam jednak sprawdzić, czy po prawie 30 latach ciągle umiem robić na drutach...


Wyszło mi, że jednak coś tam jeszcze umiem. Tylko sama nie wiem, czy ta wiedza i kolejna pokusa mnie uszczęśliwia;-)

Pozdrawiam:-)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Rozbieram choinkę;-)

A właściwie to przebieram, w końcu mamy karnawał i przebieranie jest na czasie :-)
Marzenia trzeba przecież spełniać i to najszybciej jak się da, trzeba tylko rozróżnić mrzonki od marzeń, albo przynajmniej je trochę urealnić. Choinka bożonarodzeniowa przystrojona tylko we frywolitkowe śnieżynki, to raczej mrzonka, chyba że jakimś cudem doczekam do emerytury. Postanowiłam więc, delektując się wczorajszym noworocznym dniem, zabrać się za realizację tego swojego małego marzenia, ale w wersji lekko uproszczonej i bardziej realnej. Frywolitka jest (przynajmniej w moim wykonaniu) dość mocno czasochłonna, ale przecież nie samą frywolitką człowiek żyje, więc może by tak uzupełnić te frywolitkowe mrzonki o równie fajne i zdecydowanie szybsze do wykonania śnieżynki szydełkowe.  Z frywolitki oczywiście nie zamierzam rezygnować i już nawet zamówiłam odpowiednie zapasy cieniutkiej aidy i jak tylko dotrą, to i czółenko pójdzie w ruch.
W ten oto sposób pierwszy dzień Nowego Roku spędziłam  bardzo przyjemnie, dziergając sobie szydełkowe śnieżynki. Udało mi się je  szybciutko usztywnić i od dziś wiszą już sobie na choince, zamiast kilku bombek;-). Gdybym tak miała do dyspozycji kilka takich noworocznych wolnych dni, to chyba zdążyła bym przebrać całą choinkę, bo z zadowoleniem stwierdziłam, że nabieram wprawy w machaniu cieniutkim szydełkiem (chyba nawet zaczyna mi  to wychodzić), a co najważniejsze, sprawia mi przyjemność.
A tak wyglądają moje śnieżynkowe poczynania noworoczne z perspektywy choinki, nie są jeszcze idealne, ale za to moje;-)



Śnieżynka Frostfangs
 śnieżynka nazywa się Frostfangs, wzór i filmik można znaleźć tutaj>>


Śnieżynka FrostfangsFr
Śnieżynka Frostfangs
To już moja własna, radosna twórczość;-)

Kiedy powyższe dzieła sobie schły po usztywnieniu dorobiłam jeszcze dwie takie same gwiazdki, testując różnej grubości szydełka. Robione na podstawie zdjęcia, które mam na dysku, więc niestety nie podam źródła.


Wszystkie śnieżynki na zdjęciach robione ze starych zapasów kordonka ze srebrną nitką, szydełkiem na którym pisało "6" (lub "9"?). Kordonek jest bielutki, ale tu musicie mi uwierzyć na słowo, bo zdjęcia w sztucznym oświetleniu zupełnie nie oddają efektu bieli i srebra. Jak tylko dotrą do mnie kordonkowe zakupy, to spróbuję zabawy szydełkowej z cieńszym kordonkiem.
To na koniec może jeszcze wszystkie noworoczne udziergi razem...


Tak sobie wymyśliłam, że jeżeli w każdym miesiącu wydziergam lub usupłam chociaż 5 śnieżynek, to dołączając do tego, to co już posiadam w swojej kolekcji z lat ubiegłych, może uda mi się te dwa metry bożonarodzeniowego igliwia ubrać. W rachunkach, to ja jestem dobra;-)

Pozdrawiam i życzę Wam dużo zdrowia oraz spełnienia marzeń i mrzonek w Nowym Roku!
P.S. Właśnie biegając sobie po blogach odkryłam, że chyba się wstrzeliłam w noworoczne postanowienie Reni>>,  więc dorzucam moje śnieżynki do jej nowej zabawy i mam nadzieję, że zasypie ją śnieżynkami przez ten rok :-D

https://reanja1.blogspot.com/2017/01/postanowienia-noworoczne.html



Wygląda na to, że jestem pierwsza;-)