czwartek, 19 stycznia 2017

Problemy kominowe.

Kominy, a w zasadzie to, co się z nich wydostaje, to ostatnio dość głośny problem. Miejski smog mnie jakoś bezpośrednio nie dotyczy, to zaleta mieszkania na obrzeżach niewielkiej mieściny, aczkolwiek gdyby ktoś się o jakieś specjalistyczne pomiary pokusił, to kto wie...
Jedno wiem na pewno, dziś ze smogiem nie mam  nic wspólnego, bo wysiadło mi ogrzewanie i z mojego komina nie ulatnia się absolutnie nic, za to w domu mam temperaturę wczesnowiosenną. Nie bardzo daje się w tym domu siedzieć i pracować, więc późnym popołudniem uciekłam na rozgrzewający, szybki spacer zimowy.  Oprócz najwierniejszego domowego spacerowicza zabrałam ze sobą aparat i... komin.
Ten komin dał mi nieźle popalić. Po pierwsze strasznie wolno go przybywało, ze względu na duży deficyt wolnego czasu,  po drugie stale się myliłam i prułam;-), a po trzecie, to mój pierwszy komin szydełkowy, więc wyszedł mi trochę za mały. Miałam w planach wydziergać sobie składany podwójnie komin, którym opatulę nie tylko szyję ale i głowę. Nakrycie głowy bardzo by mi się przydało. Odkąd pamiętam nie noszę i nie znoszę czapek. Każda ciepła czapa (te z polarem też;-)) wywołuje u mnie swędzenie i piękną czerwoną obwódkę na czole. Bardzo dawno temu miałam wydziergany własnoręcznie na iglicach kolorowy komin, który nic mi z czołem nie robił, więc straszona solidnym mrozem postanowiłam sobie sprawić komin szydełkowy...












Niestety komin wyszedł mi troszkę za krótki i za wąski. Da się nim owinąć głowę i szyję, ale dość ciasno, więc wolę go nosić tylko na szyi. Uspokajam zatroskanych, że nie biegam z gołą głową po mrozie. Używam po prostu solidnego kaptura od kurtki, więc akurat z głową wszystko u mnie w porządku (przynajmniej tak mi się wydaje;-)). Powstał z bardzo miękkiej, grubej i cieplutkiej wełenki dropsowej "Big Merino", którą mogę z czystym sumieniem polecić na zimowe wyroby i zagwarantować, że jeśli mnie nie gryzie, to nie pogryzie nikogo:-) 

Wzór wygrzebałam tutaj>> i efekt na tej stronie strasznie mi się podoba, więc może na następną zimę spróbuję jeszcze raz. Tymczasem ciągle wisi mi na szydełku trochę inny pomysł kominowy i chciałbym bardzo jeszcze tej zimy wypróbować jego mrozoodporność. Jest nadzieja, że się uda :-)
Pozdrawiamy zimowo...


ale na szczęście coraz cieplej ;-)

niedziela, 15 stycznia 2017

Gadulstwo bywa zaletą;-)

Wiem, że jestem blogową gadułą, ale zawsze lubiłam pisać wypracowania, a że tak się jakoś poukładało, że moje życiowe wybory nie poszły w strony humanistyczne, to teraz wyżywam się "literacko" na blogu :-D.
Przy okazji wyplecenia sobie tej gazetowej podkładki>> rozgadałam się jak zwykle, dzieląc się oczywiście całą historią jej powstania i nadmieniając przy okazji, że brakuje mi serwetki na stół. Jak to w blogowym świecie bywa, szybko znalazł się ktoś, kto postanowił mi taką serwetę wydziergać. Tym kimś jest specjalistka od szydełka i nie tylko, czyli Beatka, z bloga My kobiety>>. Serwetka, a właściwie serweta o średnicy ponad pół metra dotarła do mnie w piątek i zaraz trafiła na stół, nawet została wyświęcona, bo akurat tego dnia odwiedził mnie ksiądz po kolędzie.
Prezentuje się przepięknie i bardzo mi się podoba. Co ciekawe została nawet zauważona przez ten "sort" domowników, dla którego takie detale domowego ogniska jak serwetki są raczej niezauważalne. Kiedy już "wymacałam" i  przyjrzałam się dokładnie precyzji z jaką została wykonana, to stwierdziłam, że jeszcze wiele się muszę namachać szydełkiem, żeby takie równiutkie, szydełkowe koroneczki wydziergać.
Dziś zapraszam Was więc do stołu:-)







Beatko serdecznie dziękuję i obiecuję się wywiązać z naszej umowy najszybciej jak się da.

Rozłożenie tej pięknej serwetki na stole, to był mój jedyny kontakt z rękodziełem w minionym tygodniu, "dobra zmiana" niestety skasowała mi nawet wolne wieczory, przynajmniej na jakiś czas :(

Pozdrawiam  :-)

niedziela, 8 stycznia 2017

Lekarstwo na niż.

Zima zawitała za oknem odpłacając nam długą nieobecność całkiem słusznym mrozem. Do tego mrozu wczorajszego wieczora dołączył śnieg, który skrzył się dziś w pięknym słońcu. Taka zimę to ja nawet lubię;-).  Zanim jednak zrobiło się tak pięknie kolejne niże skutecznie wyłączyły moją ochotę na jakąkolwiek aktywność, poza tą konieczną do istnienia.  Kiedyś lubiłam taką wietrzną pogodę.  Docenia się wtedy ciepło domu, a odgłos wiejącego wiatru doskonale zastępuję radio. Dziś niestety taka pogoda daje mi w kość i to dosłownie, widocznie szybko się starzeję;-) Ale wszystko ma swoje plusy, bo dzięki tej niżowej niemocy mogłam sobie z czystym sumieniem podziergać zalegając pod ciepłym kocykiem. Każdy kolejny wieczór wyglądał więc tak samo...


A co do dziergania, to pomysłów i planów mam zdecydowanie nadmiar. Wszystko dzięki prezentowi gwiazdkowemu, który sobie sprawiłam. W przypływie zakupowego szaleństwa przedświątecznego nakupowałam całą masę włóczek do testowania. 
Ta włóczka, którą widać na fotce to "mercedes" we włóczkowym świecie. Ręcznie barwiona, stuprocentowa wełna z merynosów - włóczka Malabrigo Lace. Ten rodzaj naturalnej wełny, to jedyny, który nie robi wrażenia na mojej wrażliwej skórze (mnie nawet akryl potrafi podgryzać). Patrząc na ceny włóczek z wełny merynosów myślę sobie, że widocznie jestem kobieta luksusowa:-D. Tego "mercedesa" kupiłam dwa motki w wersji mocno cieniowanej (odcień 862, Piedras) z przeznaczeniem oczywiście na cieniutką chustę. Przekonałam się osobiście, jak takie ręcznie farbowane motki różnią się od siebie, chociaż pochodzą z tej samej partii farbowania. Chustę wydziergałam z jednego motka dodając tylko dwa rzędy i zakończenie z drugiego, różnica jest dość dobrze widoczna na zdjęciach. Wzór>> znów ten sam co tutaj>>tutaj>> i tutaj>>, czyli znany i sprawdzony, bo na takiej włóczce wolałam nie eksperymentować, za to efekt jak dla mnie zupełnie inny. Zresztą z tych wcześniejszych chust, to tylko jedna została u mnie.
Trochę mnie to "dziubanie" z cieniuteńkiej nitki nużyło, ale wczoraj udało mi się nareszcie skończyć i zblokować. Zdjęcia w scenerii dzisiejszego późno-popłudniowego, zimowego spaceru...













Słoneczko już prawie zdążyło się schować, więc trudno było złapać aparatem rzeczywiste odcienie włóczki, które są trochę inne niż na zdjęciach, ale za to możecie sprawdzić dokładnie ile razy się pomyliłam przy dzierganiu;-)


Jestem zachwycona delikatnością  tej chusty. Może to nie jest wersja  odpowiednia do pogody, ale w końcu niedługo wiosna;-). Został mi jeszcze prawie cały motek włóczki, na który chwilowo nie mam pomysłu...


a w zasadzie mam pomysł całkiem szalony i w tym celu postanowiłam jednak sprawdzić, czy po prawie 30 latach ciągle umiem robić na drutach...


Wyszło mi, że jednak coś tam jeszcze umiem. Tylko sama nie wiem, czy ta wiedza i kolejna pokusa mnie uszczęśliwia;-)

Pozdrawiam:-)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...