Alleluja!

Alleluja!

Kochani!
Życzę Wam
aby Święta Wielkanocne
wniosły do Waszych serc wiosenną radość
a przede wszystkim spokój i nadzieję.


Wesołego Alleluja!



Wiosenna reaktywacja?

Wiosenna reaktywacja?

Mało mnie ostatnio w blogowej rzeczywistości, świat gdzieś pędzi a ja..., nie nadążam;-) W okna coraz częściej zagląda słońce, świat zdecydowanie  pojaśniał, za to moja codzienność jakoś nie bardzo chce się w te wiosenne nawoływania wpisać. 
Słoneczny i ciepły koniec tygodnia i bagaż wspaniałych, dobrych emocji poprzedniego weekendu>> przyniosły przypływ optymizmu a zdrowy rozsądek  zagonił wreszcie  do prac ogrodowych. Zagubiona w codziennych sprawach z zaskoczeniem odkryłam, że to już. Że ta wyczekana i wytęskniona wiosna już jest. Może jeszcze nie tak kolorowa i buchająca zielenią,  ale coraz śmielej wyglądająca zza drzew i wyskakująca spod stóp.












Wczesna wiosna to jest ten czas, kiedy po ogrodowej gimnastyce człowiek odkrywa nie tylko pierwsze posłoneczne piegi ale i całe bogactwo, zaniedbywanego zimą, układu mięśniowo-ruchowego;-). Nic dziwnego, że po piątkowo - sobotnim maratonie jedynym spacerem na jaki mimo przepięknej pogody miałam ochotę w niedzielę, była trasa z domu do ogrodowego leżaka. Z przyjemnością wielką, biorąc przykład z kota, wygrzewałam w słońcu obolałe mięśnie próbując przy okazji nadrobić zagubiony gdzieś w codzienności, czas na swoje robótkowe pasje.
Od jakiegoś czasu z prawdziwą przyjemnością sięgam po igiełkę. To mozolne stawianie krzyżyków, podobnie jak inne rękoczyny - jest świetnym antidotum na skomplikowaną codzienność. 
Przy wsparciu wiernych pomocników...


udało mi się troszkę nadrobić haftowanie zegara na anulkowy sal>>


Do końca jeszcze sporo brakuje, tym bardziej, że przed tkaniem pajęczej sieci fachowe koleżanki lojalnie ostrzegają, ale mam nadzieję, że mimo ostatniego miejsca w tym hafciarskim peletonie uda mi się w maju zameldować na finiszu. Na razie jest tyle:


 

i postęp niewielki (oraz różnice w oświetleniu;-)) jednak dostrzec można
w porównaniu z marcową fotką.


Pozdrawiam serdecznie, 
życząc mimo nie najlepszych prognoz, ciepłego, wiosennego tygodnia:-)


Spotkanie na Manhattanie

Spotkanie na Manhattanie

Manhattan pewnie każdemu kojarzy się  z czymś innym. Dla jednych to marzenie, dla drugich codzienność a dla mnie, jak do tej pory, oprócz prostego skojarzenia z tłumem ludzi, zielenią Central Parku i cieniem wieżowców, to byli P.r.z.y.j.a.c.i.e.l.e. Przez wiele lat śledziłam losy tej zgranej i trochę dziwnej paczki przyjaciół z telewizyjnego sitcomu, który pod kołderką prostego humoru skrywał całą listę pragnień i dążeń niekoniecznie nowojorskiego mieszkańca.
W ubiegły weekend swój Manhattan i przyjacielskie spotkanie odnalazłam zdecydowanie bliżej , bo w naszym rodzimym Wrocławiu.
To właśnie w tym mieście słynącym z krasnali, mostów i  racławickich bojów, na dziewiątym piętrze jednego z wieżowców wrocławskiego "Manhattanu" spędziłam trzy dni w towarzystwie blogowych Przyjaciół. Przy długim stole, czyli obowiązkowym wyposażeniu wspólnego lokum, zasiadałam z prawdziwą przyjemnością razem z Anią>>, Elą>>, Hanią>>, Danusią>>, Dorotką>>, Justynką>> i Marysią>>.

Przez te trzy krótkie dni, i jeszcze krótsze noce, uśmiech uwieczniony na pierwszej fotce  nie schodził nam z twarzy
 Nasz manhattański wieżowiec roztaczał cudną panoramę z balkonu ...



 i razem z piękną wiosną, która przywitała nas we Wrocławiu, zachęcał do "ruszenia w miasto"


 Zaopatrzone w dwudobowy bilet komunikacji miejskiej niestrudzenie zdobywałyśmy więc Wrocław dniem i nocą...  pieszo:-)




 Wyjątek czyniąc jedynie dla turystyki rzecznej.


 Kiedy z miejskich wojaży wracałyśmy do naszego apartamentu główną rolę przejmował stół.
Pierwszego dnia uginał się od wzajemnych upominków, (których miało nie być;-))


Potem oczywiście stał się robótkowym centrum wszechświata, który dzięki Marysi zaowocował ślicznymi haftowanymi zawieszkami o egzotycznej nazwie pendibule. Haftem (niekoniecznie ręcznym;-)) uczciłyśmy też urodziny Danusi. To przy tym stole Ela z zapałem uczyła koronkowych pergaminków, a w międzyczasie udało nam się wspólnie wydziergać kilka szydełkowych czapeczek dla malutkich Pigmejów.


Niespodziankę twórczą zorganizowała nam Ela, która do naszego stołu zaprosiła Gościa Specjalnego  w osobie wybitnej specjalistki od quillingu czyli Kasi z bloga Art Life>>. Przyznam, że jej prace zagnały do skręcania papierków nawet taki oporny w tej dziedzinie materiał jak ja.


 Nie sposób nie wspomnieć o dobrym duchu naszego spotkania, czyli mojej imienniczce Oli - córce Ani - dzięki której czułyśmy się w tym wielkim mieście zaopiekowane i ugoszczone nie tylko domowym ciastem, ale przede wszystkim jej dobrym sercem i serdecznym uśmiechem. 
Wielkie dzięki Olu!

Mimo wielu różnic w postrzeganiu świata, życiowych priorytetów, robótkowych pasji a nawet jedzenia i napitku;-)  ten wspólny stół i długie spacery w poszukiwaniu wrocławskich atrakcji łączyły nas w zgraną paczkę P.R.Z.Y.J.A.C.I.Ó.Ł wyzwalając przy okazji ogromne pokłady dobrych wibracji. Te pozytywne emocje, mimo niełatwego tygodnia, grają mi w duszy do dziś i mam nadzieję, że pozostaną z nami na dłuuuugo. 

Dziewczyny bardzo serdecznie dziękuję za to wyjątkowe spotkanie.
i do zobaczenia...
za niespełna 200 dni ;-)


Marcowe harce

Marcowe harce

Marzec minął mi jakoś szybko i niepostrzeżenie obfitując w cały splot różnych wydarzeń adekwatnych do pogodowego chaosu. Plany robótkowe skutecznie niwelowało życie wspomagane dzielnie wiosennym przesileniem. Cóż począć, taki czas, trzeba przyjąć co los przynosi, przeczekać zawirowania i cieszyć się każdą słoneczną chwilą, nie tylko w pogodzie.
Chwil tych jakoś niewiele się nazbierało więc i urobek skromny, ale dobre i to. Czas najwyższy pokazać co mimo przeciwności udało mi się zdziałać w temacie marcowych zabaw.
Najpierw zabawa u Reni>>, u której odkrywamy tajniki polszczyzny. Marcowy temat, w którym głównym bohaterem został Filip z konopi pobudził moją wyobraźnię, plany były ambitne i pomysłów sporo, trochę gorzej niestety wypadła realizacja. Poszłam więc tropem Wikipedii, która podpowiada, że sformułowanie „filip z konopi” przywołuje się obecnie dla określenia osoby, która robi coś nie w porę. Akurat ja mam tą filipową przypadłość bardzo często:-). Do zabawy u Reni posyłam czekoladowniki, które co prawda nie dla Filipa powstały, bo kolega, który je zamówił innym imieniem się przedstawia, ale już sama prośba, z którą się do mnie zwrócił, zaskoczyła mnie bardzo. Wymyśliłam sobie, że skoro Dzień Kobiet to święto pachnące tulipanami i wiosną, to po takie klimaty sięgnę. Tymczasem niespodziewanie wpadł mi w ręce piękny papier o jeszcze piękniejszej nazwie  "Proste historie". Nic, że w kolorystyce raczej jesienny, zauroczył mnie i tyle więc powstały hortensjowe czekoladowniki na wiosenne święto. 
 





Jak widać po raz pierwszy pobawiłam się w wycinanie kwiatowych motywów z papieru, co za tym idzie, te moje debiutanckie wycinki nie do końca takie jak być powinny, ale przyznam, że zabawę miałam przednią więc do zabawy z przyjemnością posyłam.

A na zakończenie, dla odmiany od wiosny, która się podobno skrada za progiem mam jeszcze bożonarodzeniową karteczkę, którą posyłam do Kasi na zabawę Choinka 2019>> .





Hafcik co prawda bardzo skromny, pomysł na zagospodarowanie też "odgrzewany", ale to wszystko przez to przesilenie ;-)

I to by było na tyle w temacie marcowym, chociaż ten się jeszcze nie skończył i podobno od jutra szykuje mi prawdziwe marcowe harcowanie:-)  więc życząc dobrej nocy uciekam odpocząć, by sił na te harce nazbierać odpowiednią ilość.
 
Wiosenne przesilenie

Wiosenne przesilenie

Towarzyszące nam od kilku dni wichury przywiały dziś wiosnę. Długo niestety ta wiosna nie trwała, za moim oknem znów leje i wieje. Fajnie by było, gdyby się pani wiosna trochę pospieszyła, bo dopadło mnie jakieś wiosenne przesilenie i  odpuścić nie chce. Snuję się bez celu i chęci po kolejnych dniach i czekam aż mi przejdzie. Czasem udaje mi się ten wczesnowiosenny marazm przegonić chociaż na chwilę i podłubać troszkę wieczorami ale przyznam, że rzadko;-)
Tymczasem marzec biegnie równie szybko jak inne miesiące a wrodzone poczucie obowiązku  nakazuje trochę odkurzyć blogowe sprawy, które przycichły wraz ze mną.
Wpadam więc dziś chociaż na moment z karteczkami na marcowy odcinek zabawy kartkowej u Ani>>. Tym razem, króluje wielkanocne jedzonko, które u mnie przybrało niewyszukaną formę jajek.
Te jajka zniosła kura, która z racji kolorowych piórek na zabawę u Ani się nie łapie, ale jest, i jako najstarsza z rodu,  ma pierwszeństwo w prezentacji;-)
 


A jajca kura zniosła dwa. Pierwsze - haftowane w brązach i niebieskościach na białej kanwie (mam nadzieję, że ta odrobina wiosennej zieleni nie przeszkadza)



A drugie, też białe, rozgościło się na zielonej łące i zakwitło żółtymi, maleńkimi kwiatuszkami frywolitkowymi.



Obie karteczki wędrują do Ani...



a z racji permanentnego stanu przesilenia kwiatuszki posyłam także do Justynki>> na marcowy, kwiatowy odcinek miłości do frywolitki. Mam co prawda jeszcze trochę inne plany w kwiatowym temacie, ale nie wiem czy coś z nich wyjdzie;-)



Korzystając z przypływu blogowej energii, chciałabym się również pochwalić, pięknym i zupełnie niespodziewanym prezentem, który przybył do mnie w tym tygodniu w postaci dwóch, pachnących lawendą panienek. 




Takie cudne tildy szyje Danusia z bloga anstahe.blogspot.com>>.  Tilda w towarzystwie lawendowej paniusi pomagają mi w kuchni a jajeczka czekają na wielkanocne strojenie domu. 
Danusiu bardzo serdecznie dziękuję za tak wspaniałą niespodziankę!

A na sam koniec, chciałbym zaprosić Was do mojego ukochanego, wiosennego lasu, a konkretnie do rezerwatu "Śnieżycowy Jar", który korzystając z cieplejszego powiewu wiosny udało mi się dziś odwiedzić. Ta wycieczka to taka moja tradycja i bardzo osobisty symbol odradzającego się życia. Pisałam o tym miejscu już wiele razy (tutaj>>, tutaj>> i tutaj>>) więc dziś po prostu pospacerujcie ze mną w oczekiwaniu na wiosnę i nową życiową energię.











Witaj wiosno!

Pozdrawiam serdecznie:-)


Copyright © 2014 Papierolki , Blogger