Prosto, ale na temat;-)

Prosto, ale na temat;-)

Mroczny grudzień stroi się na Święta. Błyszczą kolorami witryny sklepów, ulice rozświetlają świąteczne iluminacje, pachnie świerkiem i grzanym winem na świątecznych jarmarkach, a szał zakupów w rytmie Last Christmas opanował miasta i miasteczka. Jednym słowem, trwa w najlepsze świąteczno - marketingowy event;-) Czy to źle? Zrobiło się kolorowo, ludzie mimo gonitwy są jacyś radośniejsi, a wystawiane w marketach koszyki na jedzenie dla potrzebujących pękają w szwach. Można ten zwariowany czas lubić albo i nie, ale przecież tylko od nas zależy, ile w nim będzie komercji, a ile istoty tych wyjątkowych dni.
Trochę dla zachowania równowagi, a trochę bardziej z konieczności, leżę sobie w domu, z dala od tego całego zgiełku i czekam na Święta otulona zdecydowanie nie przedświąteczną gorączką. Może dlatego jakoś tak wyjątkowo prosto i mało kolorowo dziś będzie, ale na pewno świątecznie, bo mimo komercyjnego wyobcowania i zapchanego nieustannie nosa czuję, że idą Święta.
Najpierw kartki, niby proste ale z błyskotkami, bo tak chciała Ania>> w ostatnim odcinku tegorocznej zabawy kartkowej.







Co prawda tylko dwa kolory na tych moich kartkach, ale mam nadzieje, że w ramach świątecznej dobroci, Ania mi ten minimalizm wybaczy;-)







I jeszcze trochę śniegu, tym razem szydełkowego, bo chociaż on prostszy w obsłudze i mniej "dostojny" niż frywolna koronka, to ma w sobie niepowtarzalny, trochę rustykalny klimat. 



 
Śnieżek szydełkowy do Reni>> poleci, w końcu kuligu bez śniegu zrobić się nie da.



I to by było tyle w temacie prostej radości Świąt.

Pozdrawiam i wracam się delektować świątecznym spokojem z perspektywy łóżka;-)
Nasza zima zła;-)

Nasza zima zła;-)

Mam chyba coś z niedźwiedzia... Kiedy jesienne mroki i chłody zaglądają do okien moje procesy życiowe zdecydowanie zwalniają. Nic więc dziwnego, że wzorem niedźwiedzia najchętniej przespałabym ten czas a potem wypoczęta i bez zbędnego balastu zapasów tłuszczowych (się śpi i się chudnie, no bajka:-)) z radością powitała wiosnę.
Niestety, ludzki świat jakoś z tą moją potrzebą snu zimowego nie bardzo chce się zrozumieć więc pozostaje mi magnez, najlepiej w postaci czekolady i moja ukochana kanapa, gdzie w towarzystwie  kocyka i wiecznie śpiącego kota szukam każdego wieczora namiastki zimowego snu.
A żeby chociaż trochę z zimą się polubić na tej kanapie trwa produkcja frywolnego śniegu, bo to ten rodzaj śniegu, którego zapasy topnieją mi niezależnie od temperatury. W tym roku postanowiłam na śniegowe gwiazdki przerobić kłębek wygranego kiedyś w jakimś blogowym konkursie kordonka Muza 20.  Nie jest to niestety najlepszy kordonek do frywolitki bo zdecydowanie za słabo skręcony, puchaty i na dodatek mam chyba jakiś egzemplarz "wyjątkowy" bo co jakiś czas zupełnie niespodziewanie na nitce pojawiają się supełki. Kto na technikach frywolnych trochę się zna, ten wie, że taki supełek to konieczność cięcia i dowiązywania nitki. Supłam i tnę jednak uparcie tęskniąc za jakością oraz gładkością Aidy i wierząc, że jak już te moje gwiazdki poczęstuję krochmalem, to trochę je wygładzę a i o doskonalszą formę też będę mogła się zatroszczyć. Mam już tych śnieżynek całką pokaźną kolekcję ale, że zasp nikt nie lubi to dziś tylko kilka płatków na przywitanie zimy;-)

 


Wzory śnieżynek: Ewa M>>Robin Perfetti>>MC...H>>,  nie wiem kto jest autorem wzoru dzwonka.
Skoro pierwszy tegoroczny  śnieg na blogu zawitał i zima za progiem to - między kolejnymi supełkami - udało mi się również postawić trochę krzyżyków i wysłać na zasłużony, zimowy odpoczynek flamingi z anulkowego salu>>
Taplając się wczoraj w błotku skończyłam haftowanie, które zaczęłam na bałtyckiej plaży szukając ucieczki od letnich upałów. Pozostały jeszcze zabiegi pielęgnacyjne oraz te związane z ekspozycją ale to już chyba bliżej wiosny, bo flamingi to stworzenia zdecydowanie ciepłolubne więc na zimno zimy ich narażać nie będę.








Aniu serdecznie dziękuje za zorganizowanie tego wspólnego krzyżykowania,
w kupie to jakoś łatwiej się zmobilizować, nawet zimą:-)
Pozdrawiam ciepło i zmykam pod kocyk wygrzać mój paskudny katar.

Dobrej zabawy;-)

Dobrej zabawy;-)

Dzisiaj w końcu wieczór andrzejkowy, czyli czas na zabawę wyśmienity. Jedni do zabawy potrzebują sukienki i wygodnych butów inni preferują napoje wyskokowe i fajerwerki. Myślę sobie, że i do jednych i drugich mogłabym się na chwilę przysiąść ale ostatnimi laty jakoś spokój bardziej sobie cenię i dobrze mi z tym.
To wcale nie oznacza, że rezygnuję z zabawy. Wręcz przeciwnie, bawię się wyśmienicie i... kreatywnie;-). Kiedyś w moim domowym gabinecie prym wiodły publikacje i sprzęt potrzebny do pracy, dziś zdecydowanie przestrzeń zawłaszczają pudła pełne zabawek. Gdyby jeszcze proporcje czasowe chciały się w ten sam sposób poodwracać...
Efekty tych moich zabaw bywają różne, ale to chyba najmniej istotne bo w zabawie nie o efekty chodzi a o przyjemność, no i metrykę ;-)




A skoro zabawa taką moc ma jak te mądre słowa na kartce głoszą, to do kolorowej, kartkowej zabawy u Ani>> swoją skromną rameczkę dorzucam bo mi się za moment zabiegany listopad skończy.







Kartka poważna i dostojna wyklejona na zamówienie już jakiś czas temu. Chociaż temat niełatwy do rozpracowania się wydawał to koniec-końców bawiłam się przy tym klejeniu wyśmienicie a dodatkowo w dobrym, i w zabawach kreatywnych równie rozmiłowanym, towarzystwie. Cośmy się z Justynką>> wybawiły to nasze:-)

Z zaległych efektów swoich zabaw jeszcze dwie kartki na dysku odgrzebałam. Proste, radosne i latem pachnące bo impreza urodzinowa była w lipcu więc niech Wam trochę te listopadowe mroki rozjaśnią 




Długie wieczory kuszą zabawkami i wygodną kanapą. Dziś się skuszę na pewno, w końcu dziś weekendowy wieczór andrzejkowy, już jutro przywita nas grudzień, czas więc najwyższy pomyśleć o białych świętach.


 Pozdrawiam:-)


Mimo wszystko...

Mimo wszystko...

Myślę, że mam naturę buntowniczki. Wystarczy, że ktoś, nierzadko ja sama, próbuje mnie przekonać, że czegoś się zrobić nie da. Być może się nie da, ale przecież spróbować trzeba choćby wszystkie znaki na niebie i ziemi wróżyły niepowodzenie. Bywa, że ten mój upór prowadzi na manowce ale najczęściej, to właśnie on, staje się przepustką do pokonywania życiowych schodów, a tych mi jakoś nigdy nie brak;-)
Kalendarz wieszczy połowę listopada czyli jesień w pełnej krasie. Dni tak krótkie, że trudno je zauważyć, szarzyzna ulic, deszcz, wiatr i zapach dymu w przesiąkniętym wilgocią powietrzu.
Brrr, jak ja nie cierpię jesieni!
Kiedy już wydaje mi się, że nie zniosę kolejnego, szarego i zimnego poranka, wiecznie bolących stawów i nieustannego pastowania ubłoconych butów, ona, ta paskudna jesień, budzi mnie w niedzielny poranek pięknym słońcem a z radia sączy się liryczny głos Kasi Nosowskiej (też buntowniczki:-)) "kochaj mnie, mimo wszystko..." 
Poczęstowana optymizmem poranka ubrałam więc z prawdziwą przyjemnością ubłocone buty, zapakowałam do samochodu "dziecko" (lat 23;-)) oraz psa i pojechaliśmy poszukać kolorów i czystego powietrza w lesie.

Na wszelki wypadek, trochę kolorów zabrałam ze sobą...




ale jesiennych kolorów ciągle jeszcze w lesie całe mnóstwo.



 brudne dzieci, szczęśliwe dzieci ;-)





Zabrałam też skromniutkiego, ale bardzo pozytywnego, krzyżykowego bałwanka (podpatrzony na blogu Mariny Nostromo>>, której minimalistycznymi hafcikami jestem zachwycona)



Dwugodzinne buszowanie w słońcu i szeleszczących, jesiennych liściach dodało mi energii i pobudziło apetyt. Wróciłam do domu z zamiarem przełożenia tego pięknego poranka na jakiś dobry obiad i wtedy, próbując znaleźć jakiś pomysł na ten obiad, odkryłam, że gdzieś w liściastych czeluściach pięknego lasu... zgubiłam telefon!
Rozsądek podpowiadał, że raczej nie ma szans by go odnaleźć, tym bardziej, że telefon miewam zawsze wyciszony na spacerach. Tylko co tam rozsądek, przecież ja muszę spróbować. Zapakowałam więc znów do samochodu wyszorowanego i zdziwionego psa (dziecko już zdążyło się ulotnić) i pojechałyśmy zaliczyć kolejny, jesienny spacer.

Tym razem bardziej przyziemny...
 


a telefon wylegiwał się na kołderce liści nieopodal tego grzybka i spokojnie na mnie czekał.

O tym, że samochód z lasu wracać nie chciał, nie będę Wam już opowiadać:-) W każdym razie obiad był dziś ekspresowy, leśne kilometry czuję mocno w nogach  ale za to mam zgromadzone zapasy czystego powietrza na dłuuuugo:-)

Bałwanka posyłam na zabawę choinkową u Kasi>>


A kolorowy jesienny listek wyklejony pod okiem Eli na toruńskim zlocie wędruje na zabawę do Reni>>, u której jesienne kolory są tematem listopadowych potyczek z polszczyzną. Ponieważ inspiracją do tych kolorów były "jesienne róże" śpiewane przez niezapomnianego Mieczysława Fogga to dorzucam jeszcze, zrobioną dawno temu, różaną karteczkę, której chyba jeszcze nie zdążyłam pokazać, a na której i róż, i jesiennych barw nie brak.








Życzę Wam słonecznego (mimo prognoz) tygodnia i zostawiam z moją ostatnią, jesienną różą, która mimo przymrozków, jesiennych mroków i chłodów ciągle trwa na krzaku - chyba ma to po mnie:-)



Copyright © 2014 Papierolki , Blogger