To już jest koniec...

To już jest koniec...

...koniec bardzo monotonnego dziergania;-) Bardzo lubię tą swoją dłubaninę rękodzielniczą, ale ten moment kiedy udaje mi się jakiś projekt doprowadzić do końca sprawia mi chyba największą frajdę. Może dlatego, że zwalnia się miejsce na kolejny - mniej lub bardziej szalony - pomysł:-D.
Kiedy  wpadałam po uszy w sznurkowe dzierganie i powstał ten dywanik>> od razu urodził się pomysł, żeby do kompletu wydziergać sobie miętowy chodnik. Zaczęłam praktycznie tego samego dnia, ale już po kilku rządkach wiedziałam, że zabraknie mi sznurka, więc odłożyłam zaczęty chodnik i zajęłam się zamawianiem sznurka. A że przy okazji zamówiłam cieńszy sznurek, to wpadłam w wir dziergania toreb:-). Chodnik to jednak dość monotonne dzierganie, półsłupek za półsłupkiem, ciągle ten sam kolor, a na dodatek bolący nadgarstek. Z torbami jest łatwiej, szybciej i ciekawiej, można poszaleć kolorystycznie, pobawić się kształtem i wykończeniem.
Chodniczek i zapas sznurka leżały sobie więc cichutko w kącie i czekały cierpliwie na swój moment. Tym momentem okazało się bardzo fajne, wakacyjne wydanie kolejnego odcinka "Cyklicznego Szydełka" na blogu DIY, czyli zrób to sam>>  zatytułowane "Niedokończone projekty>>" 
Tych niedokończonych projektów, i to nie tylko szydełkowych, to ja mam całe mnóstwo. Niektóre są już tak wiekowe, że nawet nie pamiętam, o co w nich chodziło. 
Nie ma to jak dobry zastrzyk motywacyjny - kilka wieczorów, niecałe pół kilometra sznurka i "mięsisty", miękki chodniczek do łazienki nareszcie jest:-)






Wymiary 100 x 50 cm, kolor szaro-miętowy. Miałam trochę problemów ze znalezieniem w plenerze odpowiednio dużej, równej i płaskiej powierzchni do sfotografowania całości;-)





Widać na zdjęciach, że sznurek z nowej dostawy ma  troszkę inny odcień. Tak jak ostrzega producent, na każdy projekt najlepiej zamawiać sznurek od razu na całość. Różnica jest jednak na tyle delikatna, że zauważyłam ją dopiero robiąc zdjęcia.

Chodniczek posyłam oczywiście do zabawy:

http://diytozts.blogspot.com/2017/07/37-cykliczne-szydeo-niedokonczone.html

Zgodnie z wytycznymi dorzucam jeszcze wieczorne zdjęcie niedokończonego projektu;-)


Bardzo bym chciała korzystając z motywacyjnego wyzwania dokończyć jeszcze jeden szydełkowy projekt, ale nie wiem czy dam radę...


bo dzięki pomysłowości mojego "M" rozpoczęłam właśnie projekt "mamy kota", biorąc pod uwagę, że mamy też psa, który za kotami jakoś specjalnie nie przepada, to strasznie absorbujący i naprawdę szalony projekt. Wybaczcie mi więc, że tak mało mnie na blogach, chwilowo biegam za kotem i psem jednocześnie.

Pozdrawiam😊

Chyba już można pójść spać...

Chyba już można pójść spać...

...tym bardziej, że dzień miałam długi i pracowity. Wygląda na to, że nareszcie nadchodzi lato, takie najprawdziwsze, z upalnymi dniami i ciepłymi lipcowymi nocami. Nie, wcale nie przepadam za upałami, ale kiedy mamy naładować akumulatory słonecznym ciepłem jeżeli nie latem?  I nawet jeżeli za chwilę gorące i parne powietrze będzie dawać mi w kość, to mam stanowczo dość chłodu i siąpiącego co chwila deszczu. Dziś nareszcie wygrzałam się za wszystkie czasy. W ciągle rześkim powietrzu słońce przygrzewało całkiem mocno i zagoniło mnie do  ogrodu. A tutaj, już od jakiegoś czasu, na zbiory czekała lawenda. Mam jej w ogrodzie całkiem sporo, rośnie pięknie na moich piaskach i przypomina mi co roku o marzeniach. Bo moje marzenia w dużej części mają kolor i zapach lawendy. Kiedyś wymyśliłam sobie, że na emeryturze wyniosę się na jakąś małą wieś, latem będę uprawiać wielkie lawendowe pole, a zimą zatopiona w wiklinowym bujanym fotelu przesiadywać przy kominku i dziergać kolorowe skarpety lub wielkie szydełkowe pledy:-D 
Perspektywy emerytalne mam raczej kiepskie, więc na moim skrawku zieleni wciąż pojawiają się nowe odmiany lawendy, a i dziergać już też trochę umiem:-) Lawendowy, letni post, to pewna tradycja mojego bloga.  Były już lawendowe saszetki z papieru>>, były fusetki - czyli lawendowe wrzeciona>>, był nawet lawendowy wianek>>. A co nowego będzie w tym roku? Obiecałam sobie, że nareszcie  uszyję (tak, ja uszyję:-)) lniane woreczki by zapakować do nich zapach. W końcu zawsze chciałam nauczyć się szyć, więc czas najwyższy odczarować maszynę i zmierzyć się z demonem. Pomyślałam, że jak tak oficjalnie o tym napiszę, to może się w końcu zmobilizuję;-). Trzymajcie kciuki! Tylko najpierw mój dzisiejszy urobek musi podeschnąć.
Wiem, że nie wszyscy kochają lawendę, ale dziś tak jestem przesiąknięta jej zapachem i marzeniami o lawendowym polu, że nie mogłam sobie podarować żeby się z Wami nie podzielić tymi pachnącymi widokami:-)







zdjęcie rodzinne:-)
  
Kwiatki przygotowane do suszenia powędrowały w chłodne, przewiewne miejsce. Krzaczki mocno przycięte straciły swój czar, ale na wielu już niedługo pojawią się nowe, fioletowo - niebieskie kwiatuszki. Tymczasem inne ogrodowe gatunki swoim kolorem rekompensują lawendowe braki.







Przed chwilką minęła północ, czas najwyższy sprawdzić nasenne działanie lawendy. To może jeszcze dobranocka:-) Poznajecie?

Dzieci, to chyba już nie wiedzą kto zacz:-)

A teraz "Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć."
Andrzej Poniedzielski
(jeden z moich ulubionych artystów i kabareciarzy) 

Dobranoc:-)

Kreatywne Candy :-)

Kreatywne Candy :-)

Odkąd zaczęłam swoją przygodę z blogowaniem zawsze - mniej lub bardziej hucznie - wyprawiam blogowe urodziny. Zresztą moja perspektywa patrzenia na upływający czas jest trochę "wypaczona" więc cieszę się z każdych urodzin i staram się je zawsze radośnie celebrować.
Chciałbym więc zaprosić Was dzisiaj serdecznie na moje czwarte blogowe urodziny.  Pierwszy post na tym blogu pojawił się 13 sierpnia 2013 roku. Przez te lata sporo się wydarzyło. Przede wszystkim poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, przy okazji  zakochałam się w kilku technikach rękodzielniczych i nauczyłam się lepiej gospodarować czasem. Gdzieś w tle mój prywatny świat najpierw runął by potem przewartościować się zupełnie ucząc doceniać każdą chwilę. Tylko jedno w zasadzie pozostało niezmienne. Uwielbiam swoją przygodę z blogowaniem i cieszę się bardzo, że zostałam zaproszona do tego świata i co najważniejsze, tak ciepło w nim przyjęta.

Z okazji urodzin, chciałabym Wam za to wszystko bardzo serdecznie podziękować.

Mam też oczywiście mały upominek. Ponieważ moją ostatnią miłością rękodzielniczą stało się sznurkowe dzierganie, pomyślałam, że może tym razem urodzinowy koszyczek będzie w trochę innej postaci;-).



Torba, którą widać na banerku jest jeszcze ciepła, bo dokończyłam ją dzisiaj bardzo późnym popołudniem. Zdjęcia jak zwykle robiłam przy zachodzącym słońcu, taka niestety moja "uroda", że lubię pracować wieczorami;-)  Torba jest podobna do tej, którą pokazywałam  tutaj>> ale troszkę bardziej dopracowana  (robię postępy:-)).




Przede wszystkim dzisiaj, za sprawą Marysi>>, której bardzo serdecznie dziękuję, torba otrzymała śliczne, groszkowe wnętrze:-)



Trochę inaczej zamocowałam też uchwyty i dzięki temu ich długość można sobie wyregulować zgodnie z własnymi upodobaniami. A skąd pomysł na Candy Kreatywne. Otóż ta torba ma już właścicielkę:-)  Została wykonana pod konkretne zamówienie. Dziergając te grube oczka, pomyślałam, że w ramach urodzin, jednej z Was z radością wydziergam taką torbę. Zależy mi żeby odpowiadała jak najbardziej Waszym upodobaniom kolorystycznym i dlatego chciałabym, abyście pobawiły się w projektantki i kolory dobrały samodzielnie. Oczywiście możliwości są ograniczone dostępnymi kolorami sznurków, można je zobaczyć tutaj>> (oferta sznurków bawełnianych o grubości 3mm).

To co znajdą się chętni na sznurkową torbę urodzinową według własnego projektu?


Jeżeli ktoś ma ochotę, to zapraszam do urodzinowej zabawy. 

Zasady są takie jak zwykle. Chęć udziału wyrażamy dodając komentarz pod tym postem i podając maksymalnie trzy kolory sznurków oraz ich układ: kolejność, szerokość pasków, kolor uchwytów itp. Jestem bardzo ciekawa Waszych pomysłów:-). Można pobrać banerek zabawy i dołączyć do obserwatorów, ale nie jest to konieczne. Anonimki bawią się z nami podając imię i adres e-mail. Wysyłka tylko na terenie kraju. Zwycięzcę ogłoszę dokładnie za miesiąc, czyli w dniu urodzin bloga.

A ja Was jeszcze w międzyczasie tymi torbami pomęczę, bo mam kilka zamówień i nowych pomysłów.

Pozdrawiam:-)

Ola scrapuje?

Ola scrapuje?

Dostałam pierwsze, poważne zamówienia na kartki. Tak ja, ta co uważa, że przy  wyklejaniu kartek na Anulkową zabawę>> po prostu świetnie się bawi i specjalistką od kartek na pewno nie zostanie. Przyznam, że były już wcześniej małe zamówienia, ale te złożyła u mnie moja mama, a jak wiecie w przypadku matczynego serca trudno mówić o obiektywizmie;-). Najpierw moja delikatnie połechtana próżność twórcza się ucieszyła, ale gdy terminy realizacji się zbliżały było mi coraz mniej wesoło. Im więcej pomysłów kiełkowało mi w głowie, tym bardziej czułam się zagubiona.
Pierwsza kartka miała być skierowana dla pewnej seniorki rodu obchodzącej  urodziny. Najbardziej oczywisty pomysł to piękny scrapowy bukiet kwiatów, tylko że ja kwiatków ciągle robić nie umiem i chyba jeszcze długo umieć nie będę (chociaż kto to wie, co mi jutro strzeli do głowy:-)). Znów jest więc bez kwiatków, za to z cudną wycinanką od Dorotki>>




A ponieważ wypadało, aby ta kartka była w coś opakowana a ja nie dysponowałam odpowiednią kopertą, to przeszukałam czeluści scrapowego świata i podglądając specjalistów nauczyłam się robić koperty 3D. Bardzo mi pomógł ten filmik>>




Cały komplecik wyglądał tak:



Drugie zamówienie przybyło od Marysi>> z okazji Absolutorium jej syna. Ależ te dzieci szybko rosną! Równie ważna i poważna uroczystość. Dla chłopaków jakoś zawsze trudniej mi ogarnąć sprawy upominkowo - dekoracyjne więc tym bardziej miałam obawy czy podołam. Kleiłam tą karteczkę na raty parę dobrych godzin, kilkakrotnie zmieniając koncepcję. Efekt wygląda tak:








Przyznam szczerze, że nawet ze swoich kartek byłam zadowolona, odbiorcy też chwalili. Przede mną kolejna próba, tym razem kartka ślubna, zobaczymy czy podołam:-)

I znowu pada...

Pozdrawiam:-)

Zaczarowany ołówek.

Zaczarowany ołówek.

Wstałam dziś rano, spojrzałam w okno i miałam ochotę wrócić do łóżka. Znowu stalowe niebo i ani promyka słońca. Taki bonus na powitanie weekendu ;-) Nie! Nie! Nie dam się listopadowej chandrze, w końcu mamy środek lata. Niech sobie pada, taniec w deszczu to przecież moja życiowa specjalność;-). Muzyka do ucha, dobre śniadanko, porządna kawa na podniesienie ciśnienia, ołówek w zęby* i do dzieła! W rytm padającego co po chwila deszczu z siłą wodospadu ogarnęłam domostwo, zrobiłam porządek w biblioteczce, wrzuciłam trochę słodyczy do piekarnika i nawet prasowanie zaliczyłam;-). W tym zabieganiu nie spostrzegłam, że popołudniowe niebo pojaśniało a zza chmur coraz śmielej zaczęło wyglądać słońce. Nie wiedziałam, że ten ołówek ma aż taką moc:-)
Czyste, pachnące deszczem powietrze, przyjemna temperatura i słońce, prawdziwie letni czas...










Zegar wypleciony na życzenie, miał mieć słoneczny ciepły odcień więc użyłam niezadrukowanych rurek z brzegów gazet i kawy jako barwnika. Kolor został zaakceptowany jako słoneczny i w poniedziałek letni czasomierz poleci w świat. Mam nadzieję, że nie razem ze słońcem. Ale w razie czego mam swój zaczarowany ołówek, kawusię, a i coś słodkiego jeszcze się uchowało;-)


*Podobno ołówek włożony w zęby, tak aby imitował uśmiech powoduje, że nasz mózg odbiera  sygnał radości i wzmaga wydzielanie endorfin, czyli hormonów szczęścia. Nawet jeżeli nie do końca ta informacja jest prawdziwa, to jeżeli z tym ołówkiem w gębie popatrzycie sobie w lustro, to gwarantuję, że humor Wam się poprawi:-D



Życzę Wam słonecznej, letniej niedzieli i równie pięknego tygodnia, bez konieczności używania zaczarowanego ołówka:-)




Copyright © 2014 Papierolki , Blogger