Tyle, co kot napłakał...

Tyle, co kot napłakał...

Wakacje mam ostatnio bardzo pracowite. Między kolejnymi pomysłami remontowo-porządkowymi, hektolitrami zalewy do ogórków, mrożeniem fasolki oraz kompotami, dżemami i nieustannym podlewaniem kwiecia i tego co warzywnik urodził, niewiele pozostaje czasu na inne przyjemności. Więc dziś będzie tylko troszeczkę krzyżyków, tyle co kot napłakał, chociaż mój kot raczej nie płacze wcale. Prowadzi za to iście królewskie życie polegające głównie na spaniu i jedzeniu. Mimo wszystko nic, absolutnie nic, jego zaspanej uwadze nie umyka i ukryć się przed nim nie da...
  
Coś Ty kobieto znowu wymyśliła?

Tylko żadnych zdjęć, nieuczesany jestem, wstałem dopiero!




Skarpeta? Po co komu skarpety w lipcu?



Skarpeta, Szanowny Panie Kocie, jest na kartkę, a kartka na zabawę u Kasi>> 

http://xgalaktyka2.blogspot.com/2019/07/choinka-2019-galeria-czerwcowa.html

Jaka choinka, coś przespałem? Śnieg pada, czy jak?


A to co znowu?

  
Hej Ruda, chodź na słówko...


Przyjrzyj się dokładnie, coś wiesz na ten temat? 
Bo ja chyba pierwsze widzę...


Ha! A ja wiem! Wiem i widziałam, to nad tą wielką, słoną wodą było!


No niby się zgadza, trzciny to nad wodą rosną, ale po co je od razu wyszywać?




Bo to nie będą tylko trzciny, Szanowny Panie Kocie, to będą flamingi. Ania>> nam taki sal zorganizowała pod patronatem Coricamo>>  i to  jest  moja lipcowa część haftu na tą zabawę.


Coricamo? Nic mi to nie mówi...,  a Whiskas by nie mógł być? 
Zgłodniałem troszkę..., ale może najpierw się zdrzemnę skoro trzciny już obfocone. 
A Ty tu ruda pilnuj i na żarcie obudź !

Pozdrawiamy:-)
Ola, Zgredzio i Nela
Kobieta zmienną jest ;-)

Kobieta zmienną jest ;-)

Z faktem tym dyskutować nie należy bo na tym cały kobiecy urok polega, że nie sposób się z babą nudzić. Tegoroczne lato widać z tego kobiecego przymiotu korzysta bo albo grzeje niemiłosiernie albo wieje takim chłodem, że się człowiek zastanawia gdzie upchnął zimowy koc. Wczorajsza niedziela była jednak piękna, z temperaturą w sam raz na słoneczne, popołudniowe posiedzenie w ogrodzie. Tym razem usiadłam sobie w towarzystwie czółenek, bo jakoś dawno ich w ręce nie miałam zarażona - w ramach zmienności kobiecych preferencji -  stawianiem krzyżyków.
Baba ze mnie raczej prosta i jak dobrze wiecie unikam nadmiaru. Nieistotne, czy chodzi o nadmiar wrażeń życiowych czy artystyczno - użytkowych. Nawet moje frywolne biżutki tej zasadzie hołdują i próżno szukać w nich szaleństwa. Do supłania bogatych, królewskich klejnotów się zupełni nie nadaję i sama takich nie noszę. Tyle, że kobieta zmienną jest, więc zupełnie niespodziewanie, nawet dla mnie samej, z tego niedzielnego posiedzenia wynikły supełkowe, arystokratyczne wachlarzyki.  Mało, że to dość spore kolczyki, to jeszcze wysupłałam wersję na bogato, bo z metalizowanej, cieniowanej nitki. Trochę trudno tą nitkę mieniącą się kolorami sfotografować, ale bardzo się starałam;-)
 








Frywolne kolczyki mają jedną wielką zaletę, są leciutkie niezależnie od rozmiaru więc ciężaru bogactwa nie czuje się w uszach. Latem można przecież pofolgować trochę minimalistycznym gustom aby lepiej wpasować się w kolorowy świat. Wzór (autorstwa Coriny Meyfeldt) znany dobrze wielbicielom frywolnej biżuterii z prostotą ma tyle wspólnego, że jest dość łatwy technicznie i składa się z samych frywolnych kółeczek więc myślę, że spełnia wymogi kolistego wyzwania na blogu Diy - zrób to sam>>
 

Żebyście nie myśleli, że to kolorowe szaleństwo mi zostanie na dłużej to zostawiam was z moją ulubioną prostotą. Skromny rudy komplecik usupłany jeszcze przed Wielkanocą na życzenie Marysi. Dziś to wisienkowe kwiecie ze zdjęcia jest już w słoiczkach;-)




Pozdrawiam, życząc Wam kolorowego tygodnia 
z odrobiną letniego szaleństwa w tle:-)

Jak makiem zasiał.

Jak makiem zasiał.

Piękne kobierce maków kojarzą mi się z  połaciami wiejskich pól i łąk. No i jeszcze ze świątecznym makowcem, ale za tym akurat nie przepadam;-)
Za to łąka pełna maków, chabrów, rumianków i kaczeńców to moje bardzo dobre wspomnienie z dzieciństwa. Moi rodzice mieli bardzo dawno temu spory kawałek działki na zboczu dochodzącym do koryta starej rzeczki. Na działce sadzili ziemniaki (jako dzieciak obowiązkowo zbierałam stonkę do butelek:-)) i prowadzili malutki warzywnik. Przy samej rzeczce zarośniętej kłębowiskiem trzciny był kawałek dzikiej łąki. Kiedy już wyzbierałam stonkę i posiliłam się ogórkami, marchewką i zielonym groszkiem prosto z grządek, uwielbiałam buszować po obsypanej makami łące i z nosem przy ziemi obserwować łąkowe życie. O jednym mogę Was zapewnić, w tych makach z pewnością nie było cicho jak makiem zasiał. Wśród trawy i polnych kwiatów toczyło się bowiem gwarne życie owadów i żab zamieszkujących pobliskie trzcinowisko.
To były piękne i beztroskie lata, które wspominam ilekroć przychodzi czerwiec a przydrożne rowy obok drogi biegnącej nieopodal mojego domu obsypują się ognistoczerwonym dywanem maków.
Kiedy przeczytałam o haftowanym wyzwaniu na blogu Chagi>> nabrałam wielkiej ochoty na makową interpretację łąkowego tematu. Bardzo początkująca ze mnie hafciarka więc moja makowa łączka skromna i prosta (jak ja:-D) ale przyznam, że z dużą przyjemnością spoglądam na ten niewielki obrazek, a gdzieś w zakamarkach pamięci odżywają te moje dobre, łąkowe wspomnienia.







Maki posyłam oczywiście na wyzwanie.

http://pasjeodnalezione.blogspot.com/2019/06/sodko-wyzwaniowa-zabawa-w-zielone-aka.html

Gdyby ktoś miał ochotę powalczyć o nagrodę ale na haftowanie chęci lub czasu mu brak, to też może spróbować szczęścia.
http://pasjeodnalezione.blogspot.com/2019/06/sodko-wyzwaniowa-zabawa-w-zielone-aka.html

A na pożegnanie z makami zostawiam Was w "moim" przydrożnym rowie, który jeszcze całkiem niedawno płonął ognistą czerwienią  i gdyby nie spory ruch samochodowy pewnie poleżałabym w nim chętnie z nosem przy ziemi. Pobuszowałam za to chwilkę z aparatem,  budząc zapewne spore zdziwienie wśród mijających mnie kierowców, ale może dzięki temu, mimo drogowego pośpiechu, dostrzegli ten czerwcowy spektakl za szybą samochodu.







Pozdrawiam:-)

W dzień gorącego lata...

W dzień gorącego lata...

Dziś znów termometry szaleją i trudno znaleźć chęć na cokolwiek. Powietrze emanuje spokojem, wiaterku brak,  tylko upał powoduje, że nad dachami powietrze drży a horyzont zdaje się falować.
Nie będę wiec dziś męczyć Was słowem a postawię na łatwiejsze w odbiorze pismo obrazkowe;-)
Ostatni dzień czerwca mimo upału i ekspresowych jak zwykle wakacji zagnał mnie przed klawiaturę. Czas najwyższy pokazać prace przygotowane na dwie blogowe zabawy.
Najpierw coś dla ochłody, która dziś zapewne w cenie. Lekko mroźny hafcik bożonarodzeniowy wędruje na zabawę z Choinką 2019 do Kasi>>






Pierwszy raz spróbowałam haftu na ciemnej kanwie. Mimo, że efekt bardzo mi się podoba, to raczej nie będzie to moja ulubiona wersja haftu ze względu na mozolność okropną potrzebną aby w te ciemne dziurki utrafić.
Żeby gorącego lata zupełnie nie przestraszyć, a co najwyżej trochę schłodzić, to czas pokazać letnią karteczkę przygotowaną na czerwcowy odcinek zabawy kartkowej u Ani>>. Hafcik już pokazywałam, teraz został tylko oprawiony w kartkę. Postawiłam na motylki a kolorki z palety to biały, niebieski i ecru.







I to by było na tyle w ten gorący, ciągle czerwcowy wieczór.
Uciekam na spacer podelektować się zachodzącym  nad morskim horyzontem słoneczkiem bo już jutro horyzont przysłonią domostwa sąsiadów;-)




Spokojnego wieczoru i chłodnej nocy:-)


Copyright © 2014 Papierolki , Blogger