niedziela, 31 lipca 2016

Kolorowo...

Cisza jak ta;-), bo w domu  pusto, wszyscy gdzieś wybyli, nawet pies. Zostałam ja i wróble w ogrodzie, którym wyjątkowo nic i nikt nie przeszkadza.  Nie jestem raczej typem samotnika, ale czasem lubię tak pobyć sama ze sobą i podelektować się "świętym spokojem". Rozsiadłam się wygodnie w ogrodzie. Jest cieplutko, chociaż niebo lekko przychmurzone, a parne powietrze obiecuje wieczorną burzę, może to cisza przed burzą... 
Ale nie o ciszy miało być, a o kolorach.  Bo mnie ostatnio wzięło na kolorowe splotki, wzięło i nie chce odpuścić;-). Dziś więc kilka kolorowych drobiazgów. Najpierw wypleciony już jakiś czas temu koszyczek- pomocniczek, którego używam do dziergania. Poeksperymentowałam trochę z połączeniem papierowych rurek z jeansem...






Co myślicie o takim, bardzo recyklingowym, połączeniu, eksperymentować dalej?

Wczoraj przy okazji robienia biurkowych porządków, przesadziłam i przyodziałam w nowe, kolorowe ubranka moje dwa kaktusiątka. Dostały garniturki w pionowe, wyszczuplające paseczki. Sporo już naplotłam pasiaków, ale chyba  po raz pierwszy pobawiłam się w pionowe naprzemienne paski.




Poranny spacer  w ogrodzie uświadomił mi chyba, skąd mi się wziął ten pęd do kolorów. Przecież mamy środek lata i trwa w najlepsze kolorowy spektakl w przyrodzie. Wracam więc do moich kolorowych rurek, tym razem w wydaniu maksi...


...a Was zapraszam na popołudniowy, bardzo kolorowy, letni spacer w tej mojej ogrodowe ciszy:-)






 A może podwieczorek?


Pozdrawiam:-)

środa, 27 lipca 2016

Pozory mylą...

Torby typu "mochila" odkryłam ubiegłej wiosny odnajdując je jak zwykle zupełnie przypadkowo gdzieś w czeluściach sieci. Także dzięki internetowemu bogactwu informacji dowiedziałam się szybciutko, że takie torby robi się na szydełku. Wygrzebałam stosowne instrukcje, obejrzałam kilka filmików i z zadowoleniem stwierdziłam, że nie ma w tym nic skomplikowanego wystarczy umieć zrobić półsłupek... Uśmiechnęłam się, trochę z przekąsem;-), kiedy dokładnie  to samo napisała niedawno Justynka>> w poście z kolejnym etapem zabawy z kreatywnym szydełkiem>>, którą prowadzi na zmianę z Renią>>...
Ubiegłego lata zachęcona swoimi wnioskami przeczesałam sklepy internetowe w poszukiwaniu odpowiedniej włóczki bawełnianej, kupiłam na próbę kilka motków i zabrałam się za dzierganie metodą "tapestry crochet".  Postanowiłam nie szaleć na początek z zakupami i zacząć od czegoś mniejszego, żeby się przekonać, czy wszystko dobrze zrozumiałam. Wymyśliłam sobie kosmetyczkę albo saszetkę, jak kto woli;-)
Zapał niestety uleciał bardzo szybko. Mimo iż zaczęłam zaledwie od dwóch kolorów, to i tak nitki mi się ciągle myliły, motki plątały, bawełna "rozdwajała" i haczyła, a do tego wszystkiego robótki przybywało w ilościach aptecznych, bo wzięłam mikroskopijne szydełko przekonana, że trzeba robić bardzo ciasno. Chyba tylko ośli upór sprawił, że jakoś dobrnęłam do końca. Wykorzystując moje artystyczne krawiectwo ręczne:) wszyłam byle jaki zamek i schowałam przed światem i samą sobą do pudła z kordonkami pakując do saszetki swoje czółenka. Byłam pewna, że na tej przygodzie swoje plany o posiadaniu "arrasowej"  torby zakończyłam;-)
Kiedy zobaczyłam temat kolejnego etapu zabawy szydełkowej, przez myśl przeszedł mi pomysł,  aby jednak spróbować raz jeszcze. Trochę w końcu w międzyczasie poddziergałam, mam większa wprawę, trochę czasu  i nawet bawełny  jeszcze sporo mi zostało...
Tym razem wzięłam w obroty okrągły wzór>> wymagający trzech kolorów i trochę grubsze szydełko. Do przyjemności z pracy tą techniką jeszcze trochę mi brakuje, ale przyznam, że szło mi trochę lepiej. Wydziergałam niewielką okrągłą podkładkę, do której dorobiłam wieszaczek i powiesiłam sobie w kuchni jako ozdobną łapkę do garów, oczywiście z instrukcją - nie używać!;-)




Dla porównania efektów użyłam dwóch rodzajów półsłupków. W środku są zwykłe półsłupki przeciągane przez dwa oczka, a dalej półsłupki robione na tylnej nitce. Myślę, że widać na zdjęciu, że ta druga metoda daje (charakterystyczne dla prawdziwych "mochila bags") "ząbki" przy zmianie kolorów nitek. Jest oczywiście trochę błędów i niedociągnięć. Szczególnie po "lewej stronie" widać, że nie wszędzie udało mi się dokładnie schować nitki... 


Szczerze powiem, że nie wiem, czy "porwę się" na dzierganie torby, bo chociaż efekt bardzo mi się podoba, to ciągle mam wątpliwości, czy starczy mi cierpliwości. Na razie dorzucam do zabawy moją łapkę, a czy powstanie coś jeszcze, czas pokaże ;-) 

http://paperafterhours.blogspot.com/2016/07/kreatywne-szydeko-etap-2.html

Dla porównania wyciągnęłam z pudła i pstryknęłam też fotki mojej ubiegłorocznej robótce.



Pewien postęp dostrzegam:-)

A u mnie właśnie pada przyjemny, chłodzący deszczyk...
Pozdrawiam:)

P.S. Mała uwaga techniczna, dla tych, którzy chcą podziergać metodą tapestry crochet szczególnie z większą ilością nitek. Moim zdaniem warto skorzystać z metody, którą podpatrzyłam na jakimś filmiku i kłębki schować sobie w kartonie z odpowiednią ilością dziurek, przez które przeciągamy pracujące nitki. Jeżeli przy zmianach koloru łapie się nitki przy samym kartonie, to od razu wiadomo czy nitka którą chowamy ma być skręcona z poprzednimi czy nie, w ten sposób naturalnie "skręcamy i odkręcamy" chowane nitki zapobiegając ich plątaniu.


sobota, 23 lipca 2016

Jagodowa pajęczynka.

Przez długie lata spędzałam wakacje w domku położonym tuż przy lesie, bardzo lubiłam wtedy uciekać w lipcowe poranki do lasu i zbierać jagody. Z domku niewiele pozostało, został sprzedany i zapewne zamieni się za chwilę w luksusową działkę rekreacyjną obsadzoną rzędami iglaków i wyłożoną kostką brukową. Nie mam nic ani przeciwko iglakom, ani kostce brukowej, ale trochę mi żal, kiedy widzę ten napór cywilizacji w takim miejscu ;-)
Ale wróćmy do jagód...  Leśne zbiory od  zawsze kojarzą mi się z pajęczynami i zadziwieniem, jak te pająki to robią, że potrafią rozwiesić sieć miedzy dwoma odległymi drzewami i to najlepiej na wysokości mojej twarzy:-). (Właśnie sobie uświadomiłam, że nie znam odpowiedzi na to pytanie do dziś i chyba zaraz zapytam wujka Google ;-))
Ja swoją pajęczynkę usupłałam na szydełku. Miało być leciutko i zwiewnie więc wykorzystałam moherową włóczkę Angora Active (25% moher, 75% akryl) firmy YarnArt, grube szydełko i ten popularny wzór (pierwszy)>>
Jak zwykle zakupy robiłam przez Internet, więc trochę mnie faktyczna barwa włóczki rozczarowała po zakupie, ale w sumie chyba wyszło całkiem nieźle. Wczoraj napstrykałam mnóstwo fotek korzystając z promieni zachodzącego słońca i chyba do końca zaakceptowałam te  jagodowe odcienie. Zresztą  oceńcie sami...





Jakoś te fioletowe odcienie ostatnio za mną chodzą, nawet moja niebieska hortensja w tym roku postanowiła być fioletowa:-)

Chusta jest mięciutka i co ważne, mimo zawartości wełny nie podgryza nawet mnie, więc spokojnie można nią opatulić szyję w chłodny jesienny dzień albo letnim wieczorem zarzucić na ramiona. Wykorzystałam zaledwie jeden motek wełny a kupiłam cztery;-) więc zapewne coś w tych odcieniach jeszcze powstanie, może nawet kolejna chusta, bo tą wydziergałam na prezent imieninowy, jak myślicie, spodoba się?
Pozdrawiam z pochmurnej dziś Wielkopolski.

wtorek, 19 lipca 2016

Pleciemy miseczkę ...

czyli trochę porad i wskazówek dla plotących lub dla wszystkich, którzy chcieliby spróbować, a się boją ;-). Pomijam elementarz typu splot ósemkowy, bo filmików i różnych diy na ten temat w sieci znajdziecie mnóstwo. O gazetach i zwijaniu rurek już kiedyś pisałam tutaj>> i tutaj>> więc od razu przejdziemy do sedna, czyli wyplatania koszyczka w kształcie miseczki, lekko pobielonego z zewnątrz.
Efekt końcowy mnie wyszedł tak...


Zaczynamy oczywiście od przygotowania sobie porcji rureczek...

U mnie to dość krótkie, zwykłe rurki gazetowe (bez obrazków) oraz na osnowę rurki gazetowe bez druku (bo drukowane mi żal chować:-)). Dno wyplatam najprostszym sposobem, czyli zaczynam od skrzyżowania czwóreczek, które u mnie są wydłużone (dwie rureczki razem), żeby nie trzeba było już wydłużać tych rurek podczas plecenia boków, bo źle mi się wtedy na połączeniu formuje kształt koszyka.


No to pleciemy...
Na ostatnim zdjęciu "słoneczko rurkowe" trochę uformowałam, robiąc miejsce na wplecenie dodatkowych rurek osnowy. Można je oczywiście dodać między kolejne rurki, ale mój koszyczek nie ma być zbyt duży, dlatego dodam osnowę co drugą rurkę, żeby splot na bokach nie był zbyt gęsty.
Dodajemy rurki osnowy wsuwając nową rurkę pod wyplecione dno i oplatając zwyczajną ósemką.

Po wpleceniu otrzymujemy słoneczko z nierównymi promykami (pozdrawiam Anię>>:-)),

 które pod spodem plecionki wygląda tak...


Przeplatamy jeszcze kilka rządków (u mnie trzy) i przechodzimy do sedna sprawy, czyli wyplatania boków i formowania miseczki. Teraz wskazane jest użycie jakiegoś obciążnika, który przytrzyma nam dno ułatwiając wyplatanie boków. U mnie w tej roli wystąpiły pojemnik z bułką tartą i podstawek. (często używam też słoika z wodą). 

Zaginam dość mocno rurki osnowy na krawędzi koła a potem je rozprostowuję, chodzi o uzyskanie plastycznego zgięcia w miejscu krawędzi dna. Rurki pozostaną lekko uniesione i tak zaplatamy  pierwszy rządek...


Ponieważ nie mam podkładki obrotowej do wyplatania  (robi się od trzech lat;-)) to zawsze pierwsze boczne rządki wyplatam przy samej krawędzi stołu.
Mój pierwszy rządek wygląda tak:


 
 
Plotąc dalej stopniowo unosimy rurki i formujemy kształt palcami dociskając odpowiednio każdą zaplecioną rurkę osnowy. To jak mocno i szybko unosimy rurki w kolejnych rządkach zależy od tego, jaki kształt chcemy uzyskać.

W ten sposób sobie pleciemy do momentu kiedy uznamy, że mamy dość;-)


Teraz pora na zakończenie jeśli macie na nie ochotę. Ja nie miałam, więc idąc za przykładem pięknych koszyków, które kiedyś pokazywała nam Alicja (Blureco) po prostu obcięłam wszystkie rurki osnowy (nie zapomnijcie o tych wystających pod spodem koszyka:-))


Koszyk upleciony, czas na malowanie. Lakieruję lakierem akrylowym, stawiam na słoneczku i przy kawusi czekam, aż wyschnie...


Można przyspieszyć ten proces suszarką do włosów, ale osobiście wolę kiedy koszyk schnie wolniej, a rurki mają okazję dobrze przesiąknąć lakierem.
Koszyk suchy, czas na bielenie, czyli takie malowanie, które nie pokrywa druku. Tutaj mam kilka sposobów, każdy daje inny efekt. Można bielić suchym pędzlem z odrobiną białej farby dodatkowo roztartej...


można przecierać gąbką delikatnie nasączoną farbą. Efekt dla porównania:


Jeszcze inny efekt daje malowanie pędzlem i przecieranie pomalowanych rurek suchą gąbką, a jeszcze inny przecieranie lub malowanie niepolakierowanego koszyka. Można oczywiście cieniować zmieniając ilość farby na pędzlu. Polecam wypróbować różne sposoby;-). Próbowałam też zabawy z innymi kolorami, ale póki co efekty mnie nie zadowalają, a poza tym lubię biały;-)
Mój koszyk w całości został pobielony suchym pędzlem.

Po wyschnięciu farby lakierujemy całość ze dwa razy i miseczka gotowa :-). Koszyczek ma w najszerszym miejscu około 20 cm średnicy. Samo plecenie zajęło mi dobrą godzinę, ale w międzyczasie pstrykałam fotki. Kolejna godzina, to oczywiście malowanie i zdobienie, jeżeli mamy na takie ochotę. Z całą pewnością koszyk zajął mi zdecydowanie mniej czasu niż ten post ;-)
Mam nadzieję, że na większość pytań, które do mnie docierają udało mi się odpowiedzieć, a jeżeli nie, to czekam na pytania w komentarzach.

Jeśli uda Wam się upleść miseczkę korzystając z moich wskazówek, to będzie mi bardzo miło jeżeli dacie znać i pochwalicie się swoimi splotkami. Dodam jeszcze, że i mnie czasami niekoniecznie wychodzi kształt, który sobie założyłam na początku, ale trening czyni mistrza:-D

Pozdrawiam :-)