środa, 30 września 2015

Deszczowo...

Padało u Was? Bo u mnie nie:). Deszczu wyglądam z utęsknieniem, nie pamiętam kiedy ostatnio  padało i w ogrodzie susza okrutna potęguje efekt smutku i odchodzącego lata. Rośliny zamiast przybierać ciepłe jesienne barwy po prostu podsychają i nawet doraźne podlewanie niewiele zmienia. 
A ja lubię deszcz....Ten letni przynoszący orzeźwienie i soczystą zieleń przyrody, i ten jesienny, miarowo stukający w szyby i przyprawiony zawodzeniem wiatru. Widać mam nostalgiczną naturę;) 
Dwa dni temu obchodziłam urodziny, powiedzmy, że pierwsze;). Z tej okazji rzuciłam w kąt wszelkie obowiązki i  postanowiłam  zrobić sobie przyjemność, zabrałam się bez wyrzutu za swoje robótki. 
Łącząc przyjemne z pożytecznym "odrobiłam", dosłownie na ostatnią chwilę, kolejną lekcję>> naszej wspólnej nauki decu prowadzonej przez Justynę>>  i Renię>>. We wrześniu na warsztat poszło postarzanie (bardzo urodzinowy temat;)) przez przecieranie. Ja odmalowałam i postarzyłam zwykłą marketową ramkę wygrzebaną na strychu. A w ramce znalazło się przetransferowane moje ulubione deszczowe motto i oczywiście drukowany papier;), tym razem ze starej książki.

 


 

 


 A tak (prawie tak, bo zdjęcie kiepskie;) wygląda na swoim miejscu.

 

Wyszło staro:), nawet bardzo, bo trochę zaszalałam z tym przecieraniem a lekko pożółkły papier jeszcze ten efekt spotęgował, ale tak miało być i mam nadzieję, że żabka u Reni przełknie kolejną staroć;)
http://reanja1.blogspot.com/2015/09/kolejna-lekcja-decoupage-krok-7.html


Dziękuję za wszystkie przemiłe komentarze pod ostatnimi postami i przepraszam, że nie do wszystkich udaje mi się dotrzeć, ale taki mam zwariowany czas.
Pozdrawiam serdecznie i zmykam...
potańczyć w  deszczu codzienności;)

Ola

sobota, 26 września 2015

Na ucho...

...Wam powiem, że jak to zwykle bywa, zostawiłam sobie odrobienie wrześniowych "zadań domowych" na ostatnią chwilę. Miałam nawet taką pokusę, by tym razem skorzystać z uczniowskich przywilejów i  "wziąć sobie kropkę", ale moja wrodzona ostrożność szepnęła mi do ucha, że nic nie zapowiada, aby następne miesiące miały być bardziej obfite w czas wolny, więc może niech ta kropka sobie  poczeka na gorsze czasy. W końcu nigdy nie jest tak, żeby już nie mogło być gorzej;)
Nie będą to wielkie dzieła;) a raczej skromne maleństwa doskonale oddające ilość czasu jaką mogę ostatnio poświęcić na przyjemności.
Zacznę od zadania z nauki frywolitki, którą prowadzą Renia>> i Justyna>>. W tym miesiącu tematem zadania>> była frywolitka dwukolorowa. Wysupłałam sobie kolorowe maleństwa "na ucha" ;)





W sumie, to jak na kolczyki one wcale nie są takie małe. Nie są też do końca takie, o jakie mi chodziło, bo to pierwsze kolczyki w moim wykonaniu, ale postanowiłam nie narzekać tylko poćwiczyć na kolejnym egzemplarzu. W ten sposób powstały następne kolczyki, w kolorach bardziej jesiennych.




Te też nie pozbawione błędów i może dlatego zarwałam jeszcze jedna nockę i wysupłałam sobie jeszcze dwie pary, ale te są nie na temat, więc nie będę zgrywać prymuski;) i pokażę innym razem.
Mam nadzieję, że moje minimalistyczne podejście do zadania frywolitkowego...

...zostanie przyjęte, bo chęci miałam ogromne tylko ten wrzesień taki krótki się okazał;).
Jeszcze większym minimalizmem wykazałam się w szkole Joasi>>, która mobilizuje nas do nauki makramy. Zadanie łatwiutkie:) >>



Węzeł frywolitkowy opanowałam dawno temu, zanim nauczyłam się supłać frywolitki z użyciem igły i czółenka. Tak już mam, że żeby się czegoś nauczyć, muszę to najpierw dobrze zrozumieć więc moje pierwsze frywolitkowe węzełki supłałam "na palcach". Na lekcji makramowej też powstało coś do ucha. Prościutkie kolczyki, czyli niebieskie kulki howlitu oplecione brązowym sznurkiem, bardzo lubię to połączenie kolorystyczne.





Chciałabym obiecać uroczyście poprawę następnym razem i większe zaangażowanie w zadania, ale się nie zanosi;) więc może lepiej  podaruję sobie obietnice.
Jutro mam w planach poleżeć na kanapie i pobiegać po blogowym świecie (to się nazywa czynny wypoczynek;)) Zostało mi na ten miesiąc jeszcze zadanie z decu,  nawet mam pomysł i potrzebę, tylko czasu niewiele zostało, więc mogę się nie wyrobić w terminie. Najwyżej "kropkę" wezmę:) 

Pozdrawiam serdecznie i zmykam do prac domowych,
Wielka sterta prania do prasowania patrzy na mnie litościwym wzrokiem.
Brrr..., nie cierpię prasować:)
Ola





czwartek, 17 września 2015

Czym skorupka za młodu...;)

O tym, że Nowy ma się pojawić na świecie wiedziałam od kilku miesięcy. Wymyśliłam sobie, że to świetna okazja, by zamiast tradycyjnej paczki pampersów i chińskich śpioszków przywitać go na świecie robótką własnej produkcji. Niech się dzieciak uczy od małego co dobre:) Tym oto sposobem przez dobre dwa miesiące łaziło za mną szydełko. Dziergałam z dużą przyjemnością w każdej wolnej chwili, kilkakrotnie zmieniając koncepcję i prując pracowicie wydziergane oczka. Przy okazji zauważyłam, z pewnym zdziwieniem;), że jak się dzierga po kwadracie, to tej robótki przybywa coraz wolniej. Przy końcu nawet z zadowoleniem przyjęłam fakt, że niebieściutka (wygrana;)) wełenka się skończyła, a pastelowego odcienia w moim sklepiku brak, więc trzeba tą kwadratową wędrówkę zakończyć. Tym bardziej, że dziecię w międzyczasie, już się na świecie pojawiło.
Mój pierwszy szydełkowy kocyk, czyli zwykły "babciny kwadrat",  ma wymiary około 90 cm x 90 cm.

 



Żeby nikt sobie tego mięciutkiego ciepłego kocyka nie przywłaszczył został podpisany;) (transfer na olejek lawendowy)
Kocyk skończyłam i ze zdziwieniem stwierdziłam że szydełko i mięciutki akryl "łażą" za mną dalej. Hmm..., to  może trampeczki, które nieraz podziwiałam na szydełkowych blogach.
Wybrałam wersję "a la conversy", których sama jestem wierną "nosicielką" od wielu lat



Chyba sobie takie wydziergam, jako bambosze na zimę:) Zresztą mięciutki i duży kocyk z akrylu, w który można by się owinąć w jesienny wieczór, też bym chętnie przyjęła, ale sama, to bym chyba rok dziergała;)
Prezent jak wiadomo trzeba porządnie opakować, a ręczna robota zasługuje na oprawę specjalną:) Tu z pomocą przyszła mi Dorota (dorotamakota.blogspot.com>>), której papierowe kartki i pudełka  (oraz niebanalne poczucie humoru;)) zachwycają mnie od dawna. 
Dorotko serdecznie dziękuję:)




 I w ten oto sposób Nowy Obywatel Świata został powitany w stylu 100% hande-made:)


Ochota na szydełko chwilowo mi przeszła, za to łazi za mną pewna piosenka  i chociaż nie jestem wielką fanką popowych melodii, to te lekko folkowe nutki są "o czymś" i może dlatego tak mi zapadły
i w ucho i w serducho;)


Pozdrawiam serdecznie:)
Ola

sobota, 12 września 2015

Przemijanie, cieniowanie i kolejny zegar :)

Dziś był piękny dzień. Pewnie jeden z ostatnich, które z przyjemnością można było spędzić w ogrodzie sycąc się słońcem i zapachem odchodzącego lata. Dopiero chłodne podmuchy wiatru i szybko zachodzące słońce wygoniły mnie do domu. 
Przyroda niepostrzeżenie nabiera nowych barw, jeszcze nie jesiennych, ale cieplejszych i mniej wyrazistych. Takie barwne przemijanie...
 




Ale letnio-jesienne popołudnie w ogrodzie nie było takie do końca leniwe. Skończyłam kolejny zegar, ten o którym pisałam w ostatnim  poście>>. Będzie tykał sobie u mnie na biurku. 






Próbowałam tak dobrać moje gazetowe rurki by na obwodzie uzyskać efekt gradientu, bo taki jest temat jednego z sierpniowych wezwań w Szufladzie>>. Miałam nawet przez chwilkę taki pomysł, żeby tym razem rurki pomalować, ale koniec końców pozostałam wierna (lenistwo?) swoim surowym gazeciakom:). 
Zegar wędruje na wezwanie.


Pozdrawiam :)
Ola

czwartek, 10 września 2015

Czas wolny?

Taki czasowy paradoks, czas który mija najszybciej nazywa się czasem wolnym...
Ani się obejrzałam jak weekend nad morzem minął. Lubię polskie morze, ale tylko poza sezonem. Zupełnie mi wtedy nie przeszkadza  wietrzna pogoda, zimna woda i pozamykane smażalnie. Kocham spacery po opustoszałej plaży. Gdy brakuje gwaru plażowiczów morze szumi zdecydowanie głośniej.
A woda wcale nie była taka zimna;)

Skoro o czasie mowa, to będzie zegar. Taki upominek zażyczyła sobie Ewa (ogrod-cardmaking-pasje.blogspot.com>>) w moim urodzinowym candy. Troszkę musiała na niego poczekać, bo z wolnym czasem ostatnio krucho:), ale wczoraj upominek dotarł na miejsce i został ciepło przyjęty>> więc czas na prezentację u mnie. Dostałam wolną rękę, kolory i styl miałam wybrać sama. Uwielbiam odwiedzać Ewę w jej przepięknym ogrodzie (ogrodnanadbrzeznej.blogspot.com>>), może dlatego na myśl przyszła mi zieleń...



Zegar plecie się dość szybko i przyjemnie, tylko  z lakierowaniem jest zabawa, bo trzeba naprawdę sporo warstw lakieru aby mieć pewność, że tarcza nie powygina się w trakcie użytkowania. Ponieważ nie przepadam za lakierowym pancerzem i efektem zalania, to zdecydowanie więcej warstw lakieru nakładam zawsze od spodu.
Stał sobie ten zegar na moim biurku i tykał kilka dni (testowałam:))  i tak do tego tykania przywykłam, że z rozpędu zrobiłam drugi, dla siebie, właśnie sobie schnie obok mnie...

Pozdrawiam serdecznie, do następnego.... zegara:)
Ola

czwartek, 3 września 2015

Zmiany, zmiany, zmiany....

Wakacje dobiegły końca. Plejady majaczące nad horyzontem nocnego nieba zwiastują koniec lata. Dla mnie to jak zwykle zmiany, mam nadzieję, że tym razem na lepsze;) Te zmiany mnie ostatnio strasznie pochłaniają pozostawiając niewiele czasu na blogową rzeczywistość. To nie znaczy wcale, że robótkowo próżnuję tylko akurat powstaje mnóstwo rzeczy, które dobrym zwyczajem powinny najpierw trafić do właściciela, zanim zagoszczą na blogu. Więc dziś, żebyście zupełnie o mnie nie zapomnieli:) przychodzę z  małym szaraczkiem, który właśnie zakończył swoją pocztową wędrówkę do nowej właścicielki.
Uwielbiam pleść te "misunie";)





A teraz zmykam pakować prace, na które niektórzy pewnie z utęsknieniem  czekają ;) i pakować siebie, bo jutro wybywam na szybki weekend nad morze w celu naładowania akumulatorów na te wszystkie zmiany, które mi życie znów przynosi...

Pozdrawiam serdecznie:)
Ola