wtorek, 28 czerwca 2016

Koronka po przejściach ;-)

Upał i inne życiowe okoliczności sprawiły, że musiałam sobie odpuścić kolejną lekcję koronki klockowej w malowniczym Wilanowie. Było nie było, do tego Wilanowa mam przeszło 350 kilometrów, a jako kobieta po przejściach;-) muszę trochę uważać z realizacją swoich szalonych pomysłów.  Na lekcji mnie nie było, ale przecież nieobecność nie zwalnia z konieczności nadrobienia zaległości w nauce. Na całe szczęście w tym nadrabianiu cierpliwie pomagała mi koleżanka ze "szkolnej" ławki, czyli Justynka>>.  Lekko nie było;-), ale z tych bardzo fachowych korepetycji i mojego uporu (no trochę sobie poklęłam przy okazji:)) powstała pewna koronkowa zakładka. Nie jest oczywiście doskonała,  a wręcz uroczo niedoskonała i ma kilka błędów dostrzeżonych na takim etapie, że już nie bardzo chciało mi się pruć, ale to moja pierwsza koronkowa praca, która już "coś" przypomina więc postanowiłam jednak ją pokazać. 
Poza tym koronka przeszła swoje kiedy próbowałam przywrócić jej biały kolor. W koronce klockowej nitki tka się na papierowym wzorze przypiętym do wałka (jak np. tu>>).  Wzór przesłany mailem przez Justynkę i wydrukowany na laserowej drukarce okazał się niestety mocno brudzący, a ja przez ten swój zapał do nauki nie pomyślałam o podpięciu podkładki z folii. W każdym razie po zakończeniu pracy zakładka miała kolor szarawo - siny z wyraźnymi ciemniejszymi przebarwieniami w miejscach gdzie mocniej wbiłam szpileczki. Gdzieś wyczytałam, że koronkę klockową można  zblokować krochmaląc już na wałku, czyli przed odpięciem szpilek. Ja tego zrobić nie mogłam, bo pod pracą miałam papier no i oczywiście najpierw musiałam spróbować wyprać i wybielić na ile się dało efekty swojego gapiostwa. Po tych wszystkich przejściach mam swoją, lekko umęczoną:), pierwszą klockowa zakładkę. Blokowanie i kolejne wbijanie szpileczek już sobie odpuściłam, lekko tylko usztywniłam krochmalem.






Justynko bardzo serdecznie dziękuje za cierpliwe wsparcie i pomoc w nadrabianiu zaległości. Mam nadzieję, że na następnej lekcji mnie nie zabraknie;-) 

Tradycyjnie przy okazji prezentacji zakładki wystąpiła książka, którą czytam do poduchy. Nie powiem że polecam, bo dopiero zaczęłam, ale nazwiska obiecują: Dorota Wellman w rozmowie z Januszem Leonem Wiśniewskim zatytułowanej "Arytmia uczuć".

Pozdrawiam serdecznie i zmykam do pracy, bo w ogrodzie czekają pierwsze zbiory:-) 




Ola


środa, 22 czerwca 2016

Zmalowałam coś ;-)

Ilekroć życie daje mi w kość a stres nie pozwala spać, to z zapałem odkrywam nowe i niezbadane lądy robótkowego świata. Bo kiedy dla własnego bezpieczeństwa trzeba spróbować chociaż na chwilę  "wyłączyć" myślenie najlepiej zająć się absorbującą nauką czegoś nowego. W ten sposób założyłam sobie ogródek, nauczyłam się pleść, supłać, dziergać i jeszcze kilku innych rzeczy spróbowałam albo spróbuję się nauczyć. Można więc śmiało powiedzieć, że stres działa na mnie bardzo mobilizująco. Ponieważ ostatnio mi go nie brakowało, to znów spróbowałam czegoś nowego.
Kiedyś, przeszukując czeluści Internetu w poszukiwaniu wzorów szydełkowych, natrafiłam na mandale. Nie chodzi wcale o mandale szydełkowe, bo te już zaliczyłam w tej mojej naukowo - robótkowej przygodzie. To były mandale malowane na kamieniach. Malować niestety nie potrafię, ale spróbować przecież zawsze można, tym bardziej, że w tym wypadku potrzeba raczej tylko spokojnej ręki i odrobiny wyobraźni.
Te mandale przypomniały mi się kiedy przeczytałam temat czerwcowego wezwania w Szufladzie: "Noc świętojańska">>. Skąd skojarzenie z mandalą? Nie wiem..., tak mi po prostu przyszło na myśl, bo magicznie, bo tajemniczo, bo kwiat paproci...
W ten oto sposób stres i Szuflada posadziły mnie przy biurku i kazały malować:-). A co zmalowałam, zobaczcie sami...








Tworzenie mandali to naprawdę bardzo wciągające zajęcie i trudno się od niego oderwać więc chociaż moja pierwsza próba malowania mandali farbami i nie do końca jest idealna, to dalsze próby muszą niestety poczekać na wolniejsze moce przerobowe i zakupy (potrzebne są bardzo cieniutkie pędzle). A ja dorzucam swój kamyczek do wezwania:
http://szuflada-szuflada.blogspot.com/2016/06/wyzwanie-6-noc-swietojanska.html
 
Dzisiaj trochę poczytałam o mandalach i różnych przypisywanym im znaczeniach i teoriach. To oczywiście tylko teorie, można w nie wierzyć lub nie, ale wszystkie są zgodne, mandala to doskonałe lekarstwo na stres;-) Może dlatego tak bardzo lubię pleść okrągłe kolorowe kosze czy supłać motywy szydełkowe lub frywolitkowe. Poza tym wcale nie trzeba robić tego wszystkiego, żeby pomedytować przy mandali, wystarczy rozejrzeć się wokół...




 więc rozglądajcie się uważnie, noc świętojańska przed nami;-)

Pozdrawiam bardzo ciepło:)
Ola



sobota, 18 czerwca 2016

To się wytnie;-)

Przelotny deszcz przegnał mnie z ogrodu więc korzystając z wolnej chwili postanowiłam pochwalić się efektami mojej zabawy w wycinanki, o której pisałam w poprzednim poście.  Mowa o kartkach przygotowanych na kolejny odcinek Zabawy kartkowej>> prowadzonej przez Anię>>. Dawno mnie tam nie było, ale kartki to na pewno nie jest moja specjalność, tylko jak mnie coś "najdzie", to lubię sobie powycinać i pokleić, ot tak, dla przyjemności. 
Zgodnie z wytycznymi pierwsza z papierowym motylkiem:


Druga świąteczna kartka miała zawierać motyw ostrokrzewu, nie do końca wiedziałam co i jak z tym krzaczkiem zrobić na kartce więc wybrałam rozwiązanie najprostsze z możliwych;-)



A jeśli idzie o trzecią kartkę, to mieliśmy wybór: albo wielkanocna kartka z motywem koszyczka, albo kartka dla nauczyciela z sową. Wybrałam opcję drugą i zrobiłam kartkę dla... siebie:-).W końcu trochę egoizmu jest potrzebne każdemu. Mam kartkę użytkową, bo postawiłam sobie ten "mobilizator" na biurkowej półce i nie spuszczam z niego oka;-)



Proste środki i możliwości więc i kartki bardzo proste, ale mam nadzieję, że żabcia u Ani przełknie jakoś ten mój impulsywny zapał do wycinanek;-) 


 Pozdrawiam weekendowo i zmykam dopełnić rytuału sobotniego prasowania, brr :-(

Ola


P.S. Widoczek z okna;-)



środa, 15 czerwca 2016

Dziecinnieję?

Podobno na starość (zakładając, że będzie nam dana) wszystkich nas to czeka. Ja postanowiłam nie czekać aż tak długo, tym bardziej że perspektywa raczej kiepska;) i zdaniem postronnych dziecinnieję  już od jakiegoś czasu i to coraz bardziej efektownie.
Pogoda przekropna, a w zasadzie okropna. Ni to zimno, ni to ciepło, niby popaduje upragniony deszcz, ale jest go tyle co kot napłakał i wieczorny rytuał podlewania ma się ciągle całkiem dobrze. Efektem tej przedziwnej pogody jest konieczność spędzania ulotnych chwil wolnego czasu w domu. Kilka dni temu z powyższych powodów zabrałam się za klejenie kartek na Anulkową zabawę kartkową. Po prostu miałam ochotę sobie pokleić i powycinać, jak to dzieciom się przydarza. Kiedy tak bawiłam się w najlepsze tonąc w papierowym bałaganie, wpadła w odwiedziny mama. Spoglądając to na mnie, to na  biurko z niemałym zaniepokojeniem zapytała:
Dziecko (to o mnie:-)), co ty robisz?
Jak to co? Bawię się, w wycinaki się bawię i to całkiem dobrze:-) 
Po krótkiej chwili rozeznania zdziwienie zamieniło się w zaciekawienie. Ale fajne te kartki..., ja bym potrzebowała taką jedną...(tu padała cała litania wytycznych i jeszcze stanowcza prośba, że oczywiście na dziś, a najdalej, to na jutro).
Te karteczki, które akurat robiłam nie bardzo się nadawały, musiałam zrobić kolejną. Wymyśliłam prototyp, poszukałam odpowiedniej grafiki i łącząc przyjemne z pożytecznym dorzuciłam frywolitkowego motylka usupłanego z kordonkowych resztek z myślą o naszej wspólnej nauce frywolitki>> prowadzonej przez Renię>> i Justynkę>>.
Co prawda na zoologiczną odsłonę zabawy zdążyłam już wpaść na inny pomysł, ale czas jest jednak ewidentnym wrogiem moich dziwnych pomysłów, więc na razie niech będzie motylek. Prościutki i kolorowy, wzór sobie wymyśliłam posiłkując się różnymi ogólnie dostępnymi. A efekt mojej ekspresowej zabawy i jeszcze bardziej ekspresowych zdjęć wygląda tak:





To nie do końca moje klimaty, ale mama była zachwycona:-).  W tym pośpiechu skorzystałam z gotowego napisu pobranego z bloga pełnego cudnych kartek i darmowych stempelków: jolagg.blogspot.com>> Karteczkę oczywiście dorzucam do zabawy:



A jeśli idzie o dziecięce zabawy, to warto dodać, że od jakiegoś czasu z dużym zapałem bawię się też klockami....


chociaż niektórzy twierdzą, że ta zabawa ma coś wspólnego z fakirem albo lalkami voodoo ;-D


Zapał jest na tyle mocny, że w minioną sobotę po raz kolejny pojechałam bawić się aż do Warszawy (pozdrawiam Justynkę:)). Kiedy całą drużyną wyległyśmy z tymi klockami na wilanowski trawnik nie przeszkadzał nam, ani wiatr, ani grząskie podłoże, ani ciekawskie spojrzenia turystów, a trzy godziny warsztatów minęły zupełnie niepostrzeżenie.
Efekty mojej zabawy, jak na razie, nie są specjalnie spektakularne...
 

ale przecież nie do końca o efekty tu chodzi, bo w zabawie najistotniejsza jest przyjemność:-)

I znowu pada...

Pozdrawiam więc i korzystając z deszczowych chwil biegnę sprawdzić w co się ostatnio bawi reszta blogowego świata :-) 
Ola

czwartek, 9 czerwca 2016

A w sercu ciągle maj ;-)

Ruch na blogach zdecydowanie zwolnił. Kto tylko może korzysta z uroków nadchodzącego lata. Ja też każdą wolną chwilę spędzam w ogrodzie. Najczęściej grzebiąc w ziemi i dbając o ten mój mały skrawek zielonego świata. Ale do ogrodu uciekam także ze swoimi robótkami i to tutaj najczęściej zaglądam do wirtualnej rzeczywistości albo piszę posty, jak teraz. Zachodzące powoli słońce ogrzewa dość rześkie dziś powietrze i skutecznie psuje mi ostrość widzenia ekranu, ale jakoś mi to zupełnie nie przeszkadza;-)
Czasem się zastanawiam, czy te skrawki kwiatów i zieleni, którymi obsadzam każdy zdatny do tego kąt mojej "posesji" można nazwać ogrodem.  Czytając rozmaite czasopisma ogrodnicze czy podziwiając zdjęcia na blogach, miewam wątpliwości. Ale chyba lepiej spełniać marzenia chociaż w niewielkiej części  niż ubolewać nad rzeczywistością i nie robić nic. Bo mnie się zawsze marzył mały domek z wielkim ogrodem, a jakoś tak wyszło zupełnie na odwrót;-)
Wspominałam ostatnio, że jeśli idzie o moje ogrodowe pasje, to odwiedzając w ubiegłym roku przypadkiem ogród znajomych zakochałam się w różanecznikach. Ich majowe kwitnienie  jest doskonałym dopełnieniem tego pachnącego bzami i konwaliami miesiąca. Problem niestety polega na tym, że  aby móc się nimi cieszyć we własnym ogrodzie trzeba mieć trochę miejsca, a tego u mnie niestety brak;-). Zauroczona zapachem i urodą kwiatów postanowiłam w ubiegłym roku zagospodarować kolejny kąt swojego podwórka i wybudowałam sobie  niewielką   rabatę.  Już w tym roku cieszyła oko pierwszymi kwiatami, wśród których znalazł się mój własny rododendron i dwie azalie;-) Pod koniec maja miałam takie oto widoki...





Niby niewiele, ale początek jest;-). Ciąg dalszy mojej fascynacji miał miejsce w ostatni weekend maja. Nauczona doświadczeniem nieodkładania marzeń na później, mimo dość niesprzyjających okoliczności i wiecznego braku czasu udało mi się odwiedzić miejsce, które słynie - miedzy innymi - z olbrzymiej kolekcji rododendronów i azalii. Napstrykałam mnóstwo zdjęć chcąc zabrać jak najwięcej tego kwiatowego spektaklu ze sobą. Oczywiście miałam wielki problem, które wybrać więc trochę tego jest;-) 











Do ferii barw, wielkości i różnorodności kwiatów trzeba dorzucić jeszcze niesamowity zapach, który momentami tego długiego spaceru, aż przytłaczał intensywnością.
A jeżeli nie macie dość, to może takie dwie botaniczne ciekawostki;-)
Magnolia parasolowata, której liście dorastają do 60 cm. długości, jeszcze kwitła...



i cypryśnik błotny, otoczony wianuszkiem pneumoforów (korzeni oddechowych).


To już naprawdę koniec zdjęć, chociaż mogłabym tak długo;-) A jeżeli kiedyś będziecie w okolicach Poznania,  to zachęcam do odwiedzenia Kórnickiego Arboretum>>, Zamkowego Ogrodu i samego Kórnickiego Zamku, po którym przechadza się Biała Dama. Różaneczniki królują tu od połowy maja, ale i inne atrakcje znajdziecie w tym miejscu. To może jeszcze jedno zdjęcie:-)

 

Pozdrawiam:)
Ola