niedziela, 25 października 2015

A wszystko przez Anię:)

Dzień dziś mamy długi, przynajmniej według zegara;) a mnie się zapowiada długi i pracowity tydzień więc wybaczcie ten długi post, ale nie wiem kiedy znowu uda mi się tu wpaść;)
Kto nie zna historii, jak to Ania>> została obdarowana przez panią Marysię zapraszam tutaj>> W każdym razie w ubiegłym tygodniu zupełnie niespodziewanie stałam się ogniwem tej optymistycznej historii otrzymując od Ani paczuszkę z odrobiną serwetkowego skarbu jaki "odziedziczyła". 
Byłam bardzo mile zaskoczona bo za ekspertkę od decoupagu się  nie uważam. Ćwiczę co prawda wytrwale za sprawą nauk prowadzonych przez Justynę>>Renię>>, ale efekt tego ćwiczenia raczej mało spektakularny, a moją znajomość z tą techniką można spokojnie nazwać szorstką przyjaźnią. Do decoupagu najbardziej zniechęcają mnie warsztatowy bałagan, mokra robota i konieczność posiadania anielskiej cierpliwości (stale trzeba czekać, aż coś wyschnie:)). Biorąc pod uwagę wymienione, kolejny krok nauki decu>>

planowałam z premedytacją przerobić tylko teoretycznie. Chociaż cieniowane inspiracje zaproponowane przez Justynkę wyglądały bardzo kusząco, to cała ta zabawa z farbami wydawała mi się nie do przejścia, tym bardziej, że nie posiadam tych wszystkich koniecznych sprzętów i dziwnych substancji wymienianych w kursach, o kolorowej palecie farb nie wspominając. 
No ale Ania podesłała mi serwetki... i zachwiała tym moim postanowieniem. Wypadało przynajmniej spróbować, chociaż na czymś malutkim. Padło na drewnianą zakładkę, nawet nie wiem skąd ją mam, chyba dostałam jako gratis przy jakiś zakupach;) 
Motyw serwetkowy wybrałam z rozmysłem (lubię maki), kolor (znowu fiolety;)) z konieczności, bo tylko taki miałam. W sumie to nawet mi się ta zabawa z paćkaniem spodobała tylko rzeczywiście coś takiego jak opóźniacz mocno by ułatwiło pracę, bo trudno o przejścia tonalne kiedy farba schnie za pędzlem.Wyszło jak wyszło, szału nie ma, ale lekcję odrobiłam;)



 

Z obu stron wygląda podobnie, ale oczywiście inaczej. Prawa strona powstała jako druga i chyba dostrzegam pewien postęp;)



Przy okazji zdjęć sięgnęłam po odłożoną kiedyś na półkę książkę, skusiła mnie fioletowa okładka;)
Autorką jest mieszkanka mojego miasteczka, pani Krystyna Januszewska. Tą książkę  kupiłam kilka dobrych lat temu i jakoś jej wtedy nie przebrnęłam. To nie jest lektura z gatunku szybkich i przyjemnych, raczej bardzo refleksyjna opowieść o przemijaniu, tęsknocie, burzliwych życiowych zmianach. Zaczęłam czytać wczoraj, po raz drugi i chyba życie sprawiło, że do niej dojrzałam, a może to tylko ta jesień...
Nie tylko książkę odkryłam dzięki zakładce. Czekając po raz "enty", aż coś tam wyschnie wzięłam się wreszcie za moją dyscyplinę koronną. Od jakiegoś czasu próbuję wypleść sobie koszyki do świeżutko wyremontowanej łazienki. Stęskniłam się za tymi moimi rureczkami bardzo;) tylko stale brakowało mi czasu i pomysłu. Jakie te koszyki mają być, żeby pasowały i do mnie, i do wnętrza? Zabawa z cieniowaniem zakładki podsunęła mi pewien pomysł i chociaż na razie powstała tylko osłonka na doniczkę, to chyba już wiem, jak te moje koszyki będą wyglądać, będą cieniowane;)





Taka gazetowa klasyka w bieli i szarościach chyba pasuje wszędzie, a jak mi się znudzi  to sobie przemaluję;)


Tym oto sposobem Anusiowa paczka sprawiła, że przebrnęłam kolejną lekcje decu, wyszperałam ciekawą lekturę na długie wieczory i mam papierową robotę na jakiś czas.
 Dziękuję Aniu:)

Pozdrawiam serdecznie:)
Ola


czwartek, 22 października 2015

Śliwka na zimę

Niby jestem, ale jest trochę tak, jak by mnie nie było, bo ostatnio moje życie kręci się przede wszystkim wokół spraw zawodowych. Próbuję nadgonić zagubiony gdzieś rok i uczę się na nowo dzielić czas między tym co zrobić muszę, a tym, co bym zrobić chciała. Ale nie narzekam, lubię swoją pracę i pomimo wszystko cieszę się, że mogę jutro pójść do pracy:) 
Dziś wyjątkowo mam trochę luzu, więc z przyjemnością wpadam do blogowego świata, żeby pokazać Wam moje "śliweczki". Z brzoskwiniami i oliwkami się nie wyrobiłam, ale śliwkowy kolor lubię tak bardzo, że jak tylko podejrzałam październikowy kolorek na blogu Danusi>>, to nie mogłam sobie odpuścić przyjemności urwania chociaż odrobiny czasu na rzecz Cyklicznych kolorków>>
Mam ostatnio ciągoty szydełkowe, można śmiało powiedzieć, że sypiam z szydełkiem;) więc moje śliwki też będą szydełkowe, chociaż jak słusznie zauważyła pod ostatnim, frywolitkowym postem>> Renia>>, to nie jedyne moje śliwkowe tworki w tym miesiącu.
Wydumałam sobie  milutki, cieplutki i jak to u mnie bywa, oczywiście bardzo praktyczny, komplecik: szalik na guzik (czyli taki przenośny golfik:)) a do tego proste szydełkowe mitenki, które świetnie nadają się do prowadzenia samochodu, szczególnie w zimowe poranki.




Najważniejszą informacją dnia dzisiejszego było słońce:))  Po przeszło trzech tygodniach nieustannej szarugi ta odrobina popołudniowego słońca i błękitnego nieba sprawiły, że napstrykałam mnóstwo fotek, bo w ogóle nie chciało mi się wracać do domu. Więc może jeszcze trochę słonecznych śliweczek w jesiennym ogrodzie;) ...




 Od trzech miesięcy Danusiowa zabawa ma jeszcze odsłonę carrwingową. Ja jestem raczej zupełnie "niekuchenna", więc o popis czysto konsumpcyjny się nie pokusiłam, ale pozostając w temacie  postanowiłam pokazać Wam moje "śliwkowe" papryczki (a właściwie to, co mi z nich jeszcze pozostało;)) wyhodowane tego roku w ogródku;)


Kolor jak widać ciemno - śliwkowy a smak..., smakiem chyba najbardziej zbliżone do zielonej papryki, tylko bogatsze od niej w antocyjany. 

Papryki skonsumowałam sama, a śliwkowy komplecik wrzucam na język Stefanowi i idę pooglądać z przyjemnością inne śliwkowe pomysły. 

http://danutka38.blogspot.com/search?updated-max=2015-10-09T23:40:00%2B02:00&max-results=7

Pozdrawiam:)
Ola 
P.S. szydełkowe:) Pokazywałam niedawno na blogu szydełkowy śnieg>>. W komentarzu pod postem Ania>> poprosiła  o schemat, według którego robiłam śnieżynki. Miałam mały problem z odnalezieniem źródła, bo skorzystałam z pliku zapisanego na dysku, ale w zasadzie powinnam to zrobić już przy publikacji śnieżynek, więc nadrabiam.
Schemat wraz z bardzo dokładnym opisem można znaleźć m.in. na stronie szkolaszydelkowania.pl>>

Antocyjany

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/jagody-wspomagaja-leczenie-wielu-chorob_33946.html



piątek, 16 października 2015

Zrobione na szaro

Życie mam ostatnio kolorowe... no bo przecież szary, choćby najciemniejszy, to też kolor.
Świat za oknem wygląda jak to zdjęcie.
Zimno, ponuro i niewyraźnie, to ta mniej przyjemna strona jesieni daje o sobie znać. Nie dość, że przemycam robótki między mikroskopijnymi odrobinami wolnego czasu, jak etatowy pracownik szarej strefy, to jeszcze potem nie mogę ich porządnie sfotografować. Nawet w biały dzień - szaro i ciemno. I żeby chociaż porządnie deszcz popadał, ale nie, szaro jest sobie zupełnie bez celu :(
Kiedy Renia>> podała kolejny temat zadania naszej zabawy z frywolitką, którą prowadzi razem z Justynką>> supłałam właśnie niewielkie, skromniutkie kolczyki, według wzoru Middi>>

Efekt połączenia szaro-fioletowego kordonka ze srebrem (weselsza odmiana szarości:)) przypadł mi do gustu na tyle, że postanowiłam wypróbować motyw kolczyków trochę inaczej. Usupłałam sobie do kompletu bransoletkę, która chyba spełnia warunki październikowego zadania frywolitkowego>>


 A komplecik wygląda tak...




Właściwie, to nawet wygląda trochę lepiej, ale większość moich fotek okazała się podobna do tej z początku posta.

Brr! Ja już chcę wiosny;)
Pozdrawiam:) 

Ola

sobota, 10 października 2015

Zmiana planów

Wczoraj wieczorem miałam plan...  Śliwkowy mi wisi na szydełku, patchworkowa frywolitka opętała czółenko, a do tego wszystkiego papierowe splotki czekają na lakierowanie. Weekend mamy, nareszcie się wyśpię, ogarnę domostwo i zatopię się w tych wszystkich niedokończonych przyjemnościach, tak  myślałam sobie zasypiając późnym, piątkowym wieczorem. 
Ale dziś plan się zmienił. Nocny przymrozek przypomniał mi skutecznie, że ja mam ciągle letnio w ogrodzie i że jeśli nie przyjmę w końcu do wiadomości, że  lato się kończy, to za chwilkę moje doniczkowce mróz posprząta za mnie. Wsparta niespodziewanie obecnością męskiego pierwiastka w domu zmieniłam plan, robótkowy na ogrodowy:)
Dzień był piękny, chociaż chłodny. Z ciężkim sercem przycięłam jesiennie obficie kwitnące pelargonie, ścięłam gałązki begonii  i innych zimujących w domu gatunków. Mnóstwo kwiecia wylądowało na kompoście, znów przez kilka długich miesięcy będzie trzeba na nie czekać :-(
Na osłodę pobiegałam trochę z aparatem, bo przecież i jesień ma swoje uroki, barwne i niepowtarzalne, tym bardziej, że  lato jeszcze nie do końca dało się przegonić z ogrodu.
Fuksja lubi jesienne mgliste poranki i kwitnie obficiej niż w pełni lata, nawet przymrozek jej nie straszny.

Lobelia też ciągle kwitnie sobie w najlepsze...


I król jesieni...winobluszcz. Latem go wyklinam, bo panoszy się jak panisko i trudno go utrzymać w ryzach, za to jesienią wynagradza z nawiązką moją letnią gimnastykę z sekatorem.



No i moja kochana lawenda, czas najwyższy na jesienny zbiór, chociaż ciągle nie do końca zagospodarowany ten letni.
Żeby nie było, że wykpiłam się od robótek w tym poście, to na koniec trochę rękodzieła. Ostatnio Justyna pochwaliła się na blogu>> swoim pięknym hortensjowym wiankiem, to może i ja się pochwalę;) 
Jeden dorodny wianek zdobi drzwi. Musi się mocno rzucać w oczy bo nawet mój "m" go zauważył :))


 Drugi, zdecydowanie mniejszy, zdążył już mocniej podeschnąć...


 bo wisi sobie w domu :)
 A jesiennych hortensjowych ozdób w domu mam jeszcze troszkę, pokażę jak "obfocę";)

Póki co piękny, jesienny dzień w ogrodzie czuję w kościach, ale może jutro moje robótkowe plany dadzą się zrealizować.

Pozdrawiam jesiennie :-)
Ola

poniedziałek, 5 października 2015

Sypnęło śniegiem:)

Jako mieszkanka posesji położonej przy drodze ostatniej kolejności zimowego odśnieżania za śniegiem specjalnie nie przepadam z powodów czysto komunikacyjnych.
W tym roku śnieżnie zrobiło się u mnie już w sierpniu, zajęłam się produkcją śniegu, który jest mięciutki, cieplutki i w ogóle nie śliski:). Wszystko za sprawą Doroty, tej co (jeszcze?) ma kota>>.  Dorota wygrywając moje urodzinowe candy zażyczyła sobie frywolitkową gwiazdkę. Trochę to trwało, ale gwiazdeczkę posłusznie usupłałam...
a ponieważ w międzyczasie, Dorota uraczyła mnie cudnym pudełkiem dla Leosia pokazywanym tutaj>> postanowiłam dorzucić trochę śniegu gratis, w ramach dozgonnej wdzięczności. Usupłałam, tym razem na igiełce, kolejną frywolitkową śnieżynkę. Miałam straszny problem z przypomnieniem sobie jak to się robi, bo igły nie używałam od dawna, ale mam taki fajny kordonek ze srebrną nitką, który do pracy z czółenkiem się nie nadaje (srebrna nitka zrywa się przy naciąganiu), że postanowiłam sobie odświeżyć warsztat frywolitkowy i wrócić do źródeł. Zapomniałam pstryknąć fotkę, ale takie śnieżynki pokazywałam już tutaj>>, więc nic straconego. Kiedy śnieżynki były już dwie, zaczęłam przymierzać się do następnej i wtedy mnie olśniło pedagogicznie;). Przecież Dorota zabrała się za naukę frywolitki, więc byłoby mało motywujące zasypać ją frywolitkowymi gotowcami. Jeszcze gotowa pomyśleć, że ja nie wierzę, że do Gwiazdki to Ona wysupła sobie całą masę frywolitkowych śnieżynek. 
W ten sposób urodził mi się kolejny  pomysł, sięgnęłam po szydełko i wydziergałam dla Doroty swoje pierwsze gwiazdeczki szydełkowe.



Mam nadzieję, że Dorota zasypana moim śniegiem, nie miała problemów komunikacyjnych :D.
Mnie  te szydełkowe gwiazdeczki wpadły w oko i na pewno powstanie więcej ;) tym bardziej, że po szydełko i czółenko sięgam ostatnio chętnie, bo na rozkładanie warsztatu papierowego nie mam ani czasu, ani siły, a supłać można sobie wygodnie w fotelu, odpoczywając pod ciepłym kocykiem i to jest wielka zaleta obu tych technik.

 Pozdrawiam cieplutko i biegnę z przyjemnością nadrabiać blogowe zaległości, bo widzę że sporo się dzieje, a ja  nie tylko w prawdziwym życiu, zupełnie nie nadążam za rzeczywistością:).
Może niech już ten prawdziwy śnieg spadnie, będę mogła z czystym sumieniem,
strzelić sobie wolne, z powodów komunikacyjnych:)