środa, 29 lipca 2015

Wzorki i kolorki

W zasadzie to nie wiem skąd mi ten pomysł wpadł do głowy. Z reguły lubię jak świat wokół mnie, w tym także ten materialny, jest prosty (nie mylić z nudny:)), bez zbędnych udziwnień i nadmiaru. Kiedy szukam pomysłu na jakiś wyplatany koszyk  staram się trzymać zasady albo wzorki, albo kolorki. Pewnie dlatego najczęściej używam prostego splotu ósemkowego, chociaż inne też znam;).  Wyplatając kolejny pękaty koszyk, lekko nagięłam tą moją bezpieczną zasadę unikania nadmiaru. Splot co prawda pozostał klasyczny, ale postanowiłam po(ś)wirować i pobawić się spiralkami. Robiłam to już wielokrotnie, ale zazwyczaj używałam wtedy rurek jednobarwnych w kontrastujących kolorach. Tym razem rurki też są kontrastujące, ale czarne - ulotkowe miały dodatkowo jakiś dość jaskrawy, kolorowy wzorek.






Efekt tych doświadczeń mnie osobiście średnio się spodobał, jak dla mnie, za dużo "się dzieje." Ale cóż, czasem trzeba dotknąć ognia, by przekonać się, że parzy.  Koszyk jest i jeśli nikomu nie przypadnie do gustu, to na pewno zostanie zagospodarowany, bo miejsca w szafach mam sporo:)
To może dla uspokojenia oczu kilka fotek z dzisiejszego popołudniowego buszowania w ogrodzie. Jednak matka natura to najlepszy artysta, miesza wzory, faktury, kolory, kształty... a i tak, zawsze budzi zachwyt, przynajmniej mój:)





A to moja jedyna w ogrodzie lilia, dostała nawet imię -Ola, bo jest dokładnie mojego wzrostu:)


i coś na deser...


Pozdrawiam serdecznie:)
Ola

sobota, 25 lipca 2015

Ostał mi się jeno sznur(eczek)

W ramach wakacyjnego oswajania nowych umiejętności robótkowych pozostał mi w tym miesiącu jeszcze sznureczek frywolitkowy. Taki letni temat zagościł w  kolejnym odcinku zabawy w Oswajanie frywolitki>> prowadzonej przez Justynę>>  i Renię>> . Technicznie temat łatwy, lekki i przyjemny, pozostało tylko wymyślić w co ten sznureczek wkomponować. Postawiłam na najprostsze rozwiązanie i jak to zazwyczaj ze sznureczkiem bywa, po prostu coś na nim uwiesiłam:)
Zgodnie z życzeniem imieninowym pewnej Anny na czerwonym sznureczku zawisł sobie mało skomplikowany i ogólnie dostępny w  wielu miejscach w sieci motyw frywolitkowy. Do kompletu dorzuciłam trochę czarnych koralików i tak powstał delikatny naszyjniczek.





Sznureczka może niezbyt wiele, ale jest :)
Na zdecydowanie dłuższym, brązowym sznurku uwiesiłam  kamień. To jakiś naturalny minerał, ale zupełnie wyleciała mi z głowy nazwa. Kupiłyśmy sobie takie kamyki z Justynką podczas naszej "randki w ciemno">>, sprzedawca podawał nazwę, ale mi uleciała;) Może Justynka zapamiętała, a może ktoś z Was wie i tą wiedzą się ze mną podzieli. Kamień jest dość spory i nie ma przewierconej dziurki, więc otoczka frywolitkowa solidna, żeby podczas noszenia nie wypadł. Długo dumałam nad kolorem oplotu, ale uznałam, że sam kamień  jest na tyle dekoracyjny, że może coś mniej kontrastującego będzie pasowało.



Kamień z każdej strony wygląda trochę inaczej. Co ciekawe robiąc zdjęcia miałam wrażenie, że natura bardzo lubi takie "rysunki" jak namalowała na kamyku.



A wisiorek dziś już przetestowałam, selfie na potwierdzenie ;)


Na koniec banerek naszej lipcowej zabawy...

http://paperafterhours.blogspot.com/2015/07/oswajanie-frywolitki-zadanie-16.html

i zdjęcie rodzinne z większą ilością sznureczka ;)


Pozdrawiam serdecznie:) 

Ola

środa, 22 lipca 2015

Makramik;)

Mam nieodparte wrażenie, że wakacyjny czas zawsze mija szybciej. Chyba zgodnie z powiedzeniem, że to co dobre, szybko się kończy. Póki co, mamy jeszcze kilka dni lipca, który funduje nam niezłą huśtawkę klimatyczną. W niedzielne popołudnie w wielu miejscach przeszły potężne nawałnice. Moja mieścina na szczęście nie ucierpiała, ale ja zaliczyłam "Twistera" na żywo podczas podróży samochodem. W każdym razie stojąc na uboczu, (jechać się oczywiście nie dało) zastanawiałam się czy pofrunę razem z gałęziami  przydrożnych drzew, czy raczej któraś z tych fruwających w powietrzu gałęzi przyfrunie do mnie. Jak widać żyję i nic z tych rzeczy się na szczęście nie wydarzyło, ale co przeżyłam to moje;). Łowcą tornad raczej nie zostanę, ten poziom adrenaliny jakoś mi nie przypadł do gustu. Zdecydowanie wolę spokojniejsze rozrywki, ot chociażby robótkowanie;)
Miesiąc dobiega końca, więc zabrałam się za odrobienie drugiego zadania z nauki makramy>> prowadzonej przez Asię z bloga Sznurki i koraliki>> Pomysłów miałam sporo, ale jak się okazało "w praniu" warsztat makramowy mam ciągle słabo zaopatrzony, szczególnie w koraliki, które w przypadku makramy muszą mieć większe otwory do przetykania grubszych sznurków. Moje koraliki takowych nie mają, zamówłam sobie nowe, ale na razie  większość pomysłów spaliła na panewce. Będzie więc  bardzo skromnie. 
Specjalnie dla siebie uplotłam małą "celebrytkę" z symbolem nieskończoności. Wielokrotnie posługiwałam się tym symbolem jako matematyk, znam dobrze jego historię i tysiące znaczeń. Dziś ma dla mnie znaczenie specjalne i nawet mi nie przeszkadza, że stał się modny i oklepany. Wykorzystałam szary, mieniący się sznurek, który "na żywo" przypomina srebro, chociaż na zdjęciach niespecjalnie to widać.


Druga bransoletka z lnianego sznurka, miała już bardziej odpowiadać tematowi zadania. Ale  z powodów opisanych powyżej nie do końca jest taka, jak miała być.  Splot nierówny, a zamiast koralików małe drewienka, które jako jedyne dały się  natknąć na podwójny sznurek.  



Panu ślimakowi się nie podobało, na widok bransoletki postanowił zwiać tak szybko, że zdjęcie wyszło niewyraźne:)


Jak widać, nie ma się czym chwalić.  Ale wrzucam swoje bransoletki  do zabawy, bo nie wiem, czy dam radę zrobić coś innego. Koraliki dopiero w drodze a do tego  koszyki zamówione "na cito" czekają;)

http://sznurkikoraliki.blogspot.com/2015/07/makrama-zadanie-2.html

Przy okazji posta z pierwszym zadaniem>> napisałam, że odkryłam podczas pracy, iż z makramą miałam już do czynienia bardzo dawno temu, w szkole, na zajęciach praktyczno - technicznych. Jedno z moich ówczesnych dzieł odkopałam na strychu, ma z pewnością ze trzydzieści lat  :))


Na zakończenie zapraszam jak zwykle do ogrodu. Tym razem nie mojego. To w zasadzie nie ogród, a  mikroskopijne podwórko mojej mamy, od której zaraziłam się miłością do hortensji. Swoje hortensje też już "obfociłam",  zapewne kiedyś się pochwalę, ale przy "maminych" moje wypadają blado, więc może nie dziś;)









Pozdrawiam serdecznie:)
Ola


niedziela, 19 lipca 2015

Nadmiar;)

Lato w pełni, drogi pełne zapakowanych po dach samochodów, Polska podróżuje..., na wakacje..., a ja...?
Ja jak zwykle na przekór, jadę pod prąd, do wielkiego miasta, "zwiedzać" markety budowlane. To ma też i swoje dobre strony, bo cud klimatyzacji  pozwala odetchnąć od upału. Nawet zmarznąć można błądząc pośród półek uginających się od nadmiaru propozycji. I ten nadmiar właśnie mnie przerasta, no bo jak tu wybrać, kiedy wszystko tanio, wszystko w promocji i do tego "simply the best". Postanowiłam odpocząć od nadmiaru...
Z dużą przyjemnością wczesnym sobotnim rankiem zabrałam się za lawendowe zbiory. Wygrzebałam z garażu stary koszyk, oczywiście papierowy, służący mi od lat dwóch, jako przechowalnik lawendowych bukiecików do ususzenia. Odurzona uspokajającym aromatem z przyjemnością pościnałam przekwitające już kwiatki, poukładałam urokliwe bukieciki do suszenia i...


okazało się, że znów mam nadmiar:) tym razem lawendy. Bo nijak moje zbiory w koszyku pomieścić się nie chciały.

Dla  białej odmiany panny lavanduli, miejsca w dyżurnym koszyku  nie stało. Czas na większy koszyk, ale jak zwykle czas, to jest akurat coś, czego nigdy nie ma w nadmiarze.
Na zbiory czekają jeszcze dwa dorodne krzaki lawendy.

To inna odmiana, nie mam pojęcia jak się nazywa, ale kwiatki ma zdecydowanie bledsze i kwitnie później. Ma jeszcze jedna zaletę, bardzo długie łodygi, więc świetnie nadaje się na fusetki, czyli lawendowe wrzeciona, które po ususzeniu z powodzeniem zastępują w szafie lawendowe woreczki  lub są po prostu pachnąca ozdobą domu. O fusetkach już kiedyś wspominałam na blogu,  ale przypomnę, że plecie się je ze świeżej lawendy, której gałązki są na tyle wiotkie, że nie łamią się podczas wyplatania. Samo wyplatanie jest bardzo proste i odprężające, trzeba tylko pamiętać, że gałązek musi być nieparzysta ilość (u mnie 13:)).

Moje pierwsze tegoroczne już są...

Fusetki wyplatam od kilku lat, za to serwetka, która wystąpiła na zdjęciach, to zupełna nowość.
Moja pierwsza :)) szydełkowa, wydziergana na cieniutkim szydełku, w tym tygodniu. Bo pozaczynanych robótek wszelakich też mam nadmiar, i z tego nadmiaru wymyśliłam sobie nową;)



Wzór wygrzebany oczywiście w sieci, może niespecjalnie skomplikowany,  ale w prostocie siła, w końcu nadmiar bywa kłopotliwy;)

Pozdrawiam:)
Ola


wtorek, 14 lipca 2015

Na skróty...

chciałam pójść i wykorzystać wyplecioną kiedyś miseczkę w rocznicowej edycji zabawy u Danusi>> Miseczka szara,  pod takim kolorkiem miała wystąpić. Wypleciona ze zwykłych gazet powstała sobie kiedyś dla przyjemności i ciągle czekała na przykrywkę. Pomyślałam dorobić przykrywkę, trochę przyozdobić i wrzucić do zabawy, bo jakoś mało czasu mam ostatnio na robótki pochłonięta sprawami budowlano-remontowymi. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Pokrywkę uplotłam ekspresem, dodałam jej trochę kolorowej frywolitki ze swoich zbiorów i zadowolona z siebie zabrałam się pisanie tego posta. No i kiedy już prawie wszystko było gotowe wróciłam na moment do wymagań opisanych dla szarego koloru, a tu zonk:). Do szarości można było dodać każdy kolor, oprócz niebieskiego, a nie da się ukryć, że mój frywolitkowy dodatek niebieski kolor zawiera. Morał z tego prosty i oczywisty, przed wykonaniem zadania należy najpierw uważnie przeczytać polecenie:) 
Ale pękate szare pudełeczko jest i niech już tak zostanie, bo odklejanie frywolitki grozi uszkodzeniami. 







A teraz będę się chwalić, a właściwie chwalić Anię, która jakiś czas temu  pokazała na swoim blogu śliczne haftowane zakładki o tutaj>> Ponieważ ja się pożaliłam w komentarzu, że w życiu się haftowanej zakładki nie dorobię, to nasza kochana Ania zaproponowała, że się wymienimy. Ja jej usupłam zakładkę frywolitkową o Ona mnie obdaruje haftowaną. Chętnie przystałam i kilka dni temu stałam się właścicielką pięknej haftowanej zakładki, którą już testuję.

Jak widać czytam ostatnio bardzo wakacyjnie i rozrywkowo, polecam wszystkim "dorosłym" małym i dużym: Rene Goscinny "Nieznane przygody Mikołajka" z cudnymi ilustracjami Sempego, gwarantuję dobrą zabawę:)
Umówiłam się z Anią na małą zakładkę a zostałam obdarowana dużą paczką, w której oprócz zakładki znalazła się cała kolekcja papierowych przydasi. Ania dobrze wie, że ja papier kocham:)

Aniu bardzo dziękuję i obiecuję, że frywolitkowa zakładka dla Ciebie zostanie na dniach ukończona;)

Pozdrawiam bardzo serdecznie i zmykam pobiegać trochę po blogowym świecie, bo przez te zawirowania remontowe, trochę mi się zaległości zebrało. 
Ola

P.S. Za namową Ani (patrz komentarze:)) postanowiłam zaryzykować i wrzucić szarą miseczkę z niebieskim felerem do zabawy. Najwyżej mnie Danusia wyrzuci i karze główkować dalej, bo przecież rocznicowej zabawy w kolory>> nie mogę sobie odpuścić;)

http://danutka38.blogspot.com/2015/07/roczne-podsumowanie-cyklicznych.html