Co lubią faceci?

Co lubią faceci?

Od dobrych dwudziestu lat wychowuję dwóch facetów;-). Myślę, że sukces pedagogiczny osiągnęłam połowiczny, bo jeden mi wyrósł na ideał (no prawie;-)) za to drugi, mimo mojego dużego pedagogicznego doświadczenia, niezmiennie jest odporny na wdrażane metody wychowawcze. Faceci - w tym moi - mają oczywiście bardzo zróżnicowane upodobania, chociaż zapewne jakiś wspólny mianownik możnaby odnaleźć. I tego mianownika właśnie od kilku dni poszukiwałam. Wcale nie było łatwo, bo w tym wypadku matematyczny algorytm nie działał, a na każdy pomysł, który przychodził mi do głowy szybko znajdował się kontrprzykład. Do tych dziwnych poszukiwań zagoniła mnie Hania>> Bo to właśnie Hania, jest autorką tematów kartkowych w kolejnym odcinku kartkowej zabawy u Ani>>. Kartka dla faceta... i to takiego wyimaginowanego, bo jakoś w najbliższej perspektywie, żaden ze znanych mi panów nie świętuje. Pozwólcie, że właśnie od tej kartki zacznę prezentację swoich interpretacji kartkowego października. Pomysł w końcu wpadł mi do głowy wczorajszym popołudniem, właściwie to on mi nie wpadł, tylko wypadł... z pudełka, które dostałam do Ani. Taki fajny scrapek z nutkami i napisem Happy Birthday...


Poleciałam po stereotypach;-) Faceci lubią piękne kobiety (zazwyczaj:-)), a idealne życzenia dla faceta skojarzyły mi się z kultowym "Happy Birthday" zaśpiewanym przez Marylin Monroe w nowojorskiej Madison Square Garden z okazji 45 urodzin prezydenta Kennedy'ego. Mnie się kartka podoba, czy spodobałaby się facetowi to nie wiem, nie znam się na facetach;-)

Dalej było już łatwiej. Na bożonarodzeniowej miał się znaleźć bałwanek, czyli notabene też facet, ale łatwiejszy w obsłudze, więc bałwanki są dwa;-)
Jeden leniwy...



a drugi słodki.



Na samym końcu powstała karteczka, nad którą właściwie w ogóle nie musiałam rozmyślać, bo przecież w temacie świąteczno - koronkowym musiała być frywolitka. Znów powstała kartka w stylu B&W, ale ja lubię ten styl i nic na to nie poradzę, że w tej dziedzinie nie jestem stereotypowa;-)



Na koniec oczywiście banerek z propozycjami Hani i kolaż dla Ani.




Przestrojona zimowo świątecznymi kartkami supłam sobie śnieżynki i cierpliwie czekam na wieszczone w prognozach babie lato i październikowy "upał". Na razie babie dokładnie takie samo jak tegoroczne lato, czyli w moim ulubionym szarym kolorze, ale ciepełkiem zawiewa, no i te energetyczne kolory, nawet szare niebo nie odbiera im intensywności. Jesień ma swoje dobre "pięć minut"...




i najpiękniejsze koronki natury 


 A takie owocno - jesienne wyróżnienie mnie ostatnio spotkało;-)


Pozdrawiam jeszcze niedzielnie i lecę podziwiać Waszą jesienną kreatywność:-)

Brak zasilania ;-)

Brak zasilania ;-)

Ksawery dał mi nieźle w kość, i to dosłownie. Jego nadejście odczułam solidnie zanim jeszcze pojawiły się ostrzeżenia w mediach. Tak jakoś mi się porobiło na starość;-), że mogłabym zostać całkiem niezłym meteorologiem:-). Wiatr narobił trochę szkód w ogrodzie, a przy okazji zdmuchnął mi nie tylko wszystkie kwiaty z parapetów, ale i całą życiową energię. Poszukując jakiegoś zasilania i chęci do istnienia postanowiłam dziś rano zrobić sobie przyjemność w postaci weekendowej wizyty w blogowym świecie, ale jakoś kiepsko mi idzie, bo to już wieczór, a ja napisałam zaledwie kilka zdań.
Chciałbym przede wszystkim  podziękować jeszcze raz za wszystkie życzenia i urodzinowe upominki. Jeden z nich, śliczny kordonek Cable 5 ze srebrną niteczką, który dotarł do mnie w paczuszce od Ani>> towarzyszył mi w tym tygodniu co wieczór rozświetlając trochę ten mroczny, jesienny czas. Najpierw w ruch poszło szydełko, ale potem stwierdziłam, że może spróbuję wykorzystać go do frywolitkowych śnieżynek. To trochę karkołomny pomysł, bo ta metaliczna nitka jest raczej słabiutka i oczywiście mało skręcona (o pruciu nie ma nawet mowy:-)), ale próbka, którą usupłałam tak zalotnie połyskiwała przy nocnej lampce, że powstały dwie śnieżynki. Obie według wzoru Renulka>>. Próbka z wielką ilością pikotków, też pewnie zawiśnie na choince. W końcu choinkę miewam dużą, a z tyłu też coś musi wisieć;-)






Ta ostatnia podoba mi się najbardziej. Szkoda, że niespecjalnie widać na zdjęciach efekt sreberka. Wzory wybrałam "mocno pikotkowe" więc dorzucam do październikowego odcinka zabawy dla zakochanych we frywolitce>> prowadzonej przez Renię>> i Justynkę>> .


A w paczuszce od Ani oprócz kordonków (białego i zielonego) których nie sfotografowałam, bo są w użyciu;-) przyleciała też przepiękna!, imienna zakładka i kuferek.


A w kuferku i nie tylko, całe mnóstwo przydasi:-)


Dostałam też karteczki z pięknymi życzeniami od Ani i Hani>>. 


Dziewczyny bardzo serdecznie dziękuję:-D

Śliczne, motywujące upominki otrzymałam też od Marysi>>, ale obiecałam sobie, że pochwalę się nimi na blogu dopiero jak zadziała efekt motywujący. Na razie przeszkadza mi trochę brak czasu i jesień, ale mam nadzieję, że i jedno i drugie w końcu uda mi się jakoś okiełznać.

Pozdrawiam ciągle bez zasilania, ale bardzo serdecznie:-)
 
P.S. Tydzień zaczyna się bardzo optymistycznie. Właśnie wyczytałam, że moja chusta>> zdobyła wyróżnienie w Szufladowym wyzwaniu>> :-D. 
Bardzo się cieszę i z wyróżnienia, i z nagrody, będzie świeżutka porcja wełenek;-)

Kocham Cię, ale Cię nie lubię;-)

Kocham Cię, ale Cię nie lubię;-)

Te słowa wyjęte jak zwykle z piosenki (moja ulubiona, zbuntowana i mocno rockowa wersja Agnieszki Chylińskiej) chyba doskonale oddają mój stosunek do jesieni. Nie lubię tego czasu gdy dnia zaczyna ubywać a przyroda cichnie szykując się do snu. Mgliste, szare poranki, wszędobylskie błoto i przenikliwa wilgoć, a do tego wszystkiego powietrze przesiąknięte zapachem dymu sączącego się z kominów, brrr...
Na całe szczęście, zanim ten prawdziwie jesienny czas nastanie, czeka nas widowisko pełne ciepłych i słonecznych barw. Więc jak Ania z Zielonego Wzgórza "cieszę się, że żyję na świecie, w którym istnieje październik! Jakież to byłoby okropne, gdyby natychmiast po wrześniu następował listopad!" A wczoraj, to cieszyłam się nawet podwójnie, bo pogoda i weekend nareszcie się zgrały więc mogłam zaszaleć przy grabiach, uporządkować rabaty, posadzić w końcu tulipany i czekające, aż nabiorę ochoty na jesień, wrzosy. Jak co roku powstał też jesienny wianek na drzwi. Robię go zawsze ze świeżych, przebarwionych kwiatów hortensji (głównie ogrodowych). Z czasem kwiaty zasychają i razem z przyrodą nabierają bardziej jesiennych barw.





Przy samym  wejściu do domu oprócz wianka i posadzonych w starym koszu wrzosów rozgościły się kolorowe dynie ozdobne.



A to "maleństwo", czeka na następny weekend. Będzie wielki gar rozgrzewającego i mocno ziołowego dyniowego leczo. Przepis dostałam kiedyś od Ani (Pawanny)>>. Aniu melduję, że Twoje leczo stało się domowym hitem w kategorii dyniowych specjałów:-)


Dom i ogród stroi się jesiennie,  a ja im troszkę pomagam, ładując przy okazji akumulatory energią słoneczną. Zresztą chyba nie tylko ja łapię słoneczko i ostatnie, prawie letnie chwile z prawdziwą przyjemnością.


(Kociak co prawda sąsiedzki, ale ostatnio wpada do nas z wizytą nader często i jakoś nie bardzo chce wracać do domu;-))






I właśnie taką jesień pełną kolorów, dojrzewających owoców, ciepłą, słoneczną i ciągle pachnącą latem to ja kocham, szczególnie w weekendy;-)

Na zakończenie bardzo serdecznie dziękuję, za wszystkie życzenia i upominki urodzinowe, i te na pierwsze, i te na drugie urodziny;-) Oczywiście nie omieszkam się pochwalić jak tylko obfocę. Pozdrawiam i biegnę celebrować uroki jesieni póki słoneczko i weekend w dobrej komitywie;-)




Jubileusz.

Jubileusz.

Wydaje mi się, że wszelkie rocznice, jubileusze i święta, nawet jeżeli ich hucznie nie obchodzimy, wyznaczają rytm naszego życia. To takie stałe punkty roku, które gonią na przykład do sprzątania domu:-) a poza tym skłaniają do refleksji, wspomnień, prób robienia podsumowań albo postanowień. Mam wrażenie, że szczególnie my kobiety tak mamy, że staramy się celebrować te dni, panowie chyba przywiązują do tego zdecydowanie mniejszą wagę.
Zostałam poproszona niedawno o zrobienie kartki na jubileusz 50 - lecia małżeństwa. Jak to bywa u mnie z tego typu kartkami szło mi dość opornie. Gdyby osoby, które "żyją" ze scrapbookingu robiły kartki moim tempem, to najpewniej umarłyby z głodu:-) Przymierzając się do kartki uznałam, że jednak spróbuję chociaż trochę ozłocić te małżeńskie gody zgodnie z ich nazwą. Problem w tym, że jak już nieraz tu deklarowałam, zdecydowanie złotolubna nie jestem. Nic więc dziwnego, że sekwencję: planowanie, wycinanie, składanie, dopasowywanie powtórzyłam kilka razy, bo zazwyczaj na ostatnim etapie stwierdzałam, że to jednak nie to. Ale nie narzekam, ani na samą pracę, ani na jej efekt.

 



Mimo złotych dodatków (papier nazywał się złoto antyczne) kartka mi się nawet podoba i mam nadzieję, że spodoba się także osobie, która ją zamówiła i oczywiście Jubilatom. Dorobiłam również stosowne opakowanie.





Okazja, na którą kartkę przygotowywałam, natknęła mnie  jak zwykle do rozmaitych rozmyślań i wspomnień.  50 lat razem, napisałam na kartce i zaraz pomyślałam sobie, że to dla mnie brzmi trochę jak science fiction. Na razie marzę skrycie o doczekaniu własnej pięćdziesiątki:-). 
Tak się składa, że jutro mam swój mały jubileusz, który jest kolejnym rokiem przybliżającym mnie do spełnienia tego dziwnego marzenia;-). Nazywam sobie ten dzień roboczo "drugimi urodzinami". Trzy lata temu, 25 września, w taki zwykły, niezapowiadający się jakoś specjalnie czwartek, życie sprawiło mi ogromną niespodziankę w postaci bardzo dużych szans na jego rychłe zakończenie. Lekarz który przekazywał mi te hiobowe wieści, polecony ekspresem specjalista oraz niezawodny dr Google byli tym razem wyjątkowo zgodni, moja najbliższa przyszłość nie wyglądała różowo, a ta dalsza właściwie nie wyglądała wcale. Co się czuje w takim momencie? O czym się myśli? Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale pamiętam doskonale, że poczułam spokój. Wszystkie dotychczasowe, "wielkie" codzienne problemy nagle przestały istnieć. Ludzie często malowniczo deklarują, że na wypadek takich wiadomości rzuciliby wszystko i pojechali w podróż dookoła świata albo zajęli się spełnianiem swoich niezrealizowanych marzeń. No cóż, w podróż życia nie pojechałam, miałam za mało czasu:-). Niecałe dwa tygodnie na uporządkowanie wszystkich ważnych spraw oraz mój wrodzony pragmatyzm i poczucie odpowiedzialności stawiały mnie co rano skutecznie do pionu. Poza tym dbając o przyszłe zaplecze finansowe normalnie chodziłam do pracy, nie mam czegoś takiego jak urlop, a pewna pani doktor z rodzinnej przychodni, której nakreśliłam sytuację i poprosiłam o kilka dni zwolnienia na ten czas z całą uprzejmością stwierdziła, że ona nie jest od wypisywania zwolnień;-). Tym sposobem ten pamiętny wrzesień, który całkowicie zmienił moje podejście do życia minął mi bardzo szybko, tylko bezsenne noce trochę się dłużyły.
Znowu się rozpisałam, ale tak to już jest, że rocznice i jubileusze niosą ze sobą lepsze lub gorsze wspomnienia. Cała sztuka, to się w nich nie zatracić i pilnować zasady, że najważniejszym dniem w życiu jest zawsze ten dzisiejszy, w końcu to "dziś jest pierwszy dzień, reszty naszego życia" (Emily Giffin). A moim najmilszym wspomnieniem z tego pamiętnego, wrześniowego dnia jest przepiękna, słoneczna pogoda i ciepła, wrześniowa noc spędzona w ogrodzie przy butelce dobrego wina:-D (Wino było zamiast podróży dookoła świata, a do pracy wyjątkowo w piątek nie poszłam, żeby była jasność;-))

I tego słoneczka i jesiennego ciepła Wam i sobie życzę na jutro, czyli w moje trzecie "drugie urodziny":-) i cały nadchodzący tydzień.
Co słonko widziało;-)

Co słonko widziało;-)

Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, bo raczej za bieganiem z konewkami nie przepadam,  ale ucieszyłam się dziś strasznie kiedy po powrocie z pracy rzuciłam okiem na obejście i stwierdziłam, że muszę koniecznie wpaść do ogrodu i podlać moje roślinki.
Nie pada! Od pięciu dni nie pada, a nawet coraz częściej świeci słońce. Co za luksus tego lata:-D, bo przecież według kalendarza jeszcze całe dwa dni lata.  Z małym niedowierzaniem spojrzałam przed chwilą na prognozę pogody. Jest nadzieja, że uda mi się w sobotę posadzić tulipany i uporządkować trochę zaniedbany ogród. Listopadowy koniec sierpnia i początek września zupełnie nie zachęcały do takich przyjemności.
Godzinka intensywnej pracy na świeżym powietrzu i człowiek jest jak "nowy" a słoneczne światło pozwala dostrzec wszystko to, co umykało razem z deszczem, chmurami i jesienną chandrą. Jaka szkoda, że te popołudniowe godziny, które można przeznaczyć na relaks są takie krótkie. 

Ogród coraz wyraźniej nabiera ciepłych, jesiennych barw,  najlepiej widać to po hortensjach...







 
chociaż w tej dzisiejszej odrobinie  wytęsknionego słońca dało się dostrzec ostatnie podrygi lata.



A skoro przy barwach jesiennych z odrobiną słońca jesteśmy, to może jeszcze coś z papieru. Mam ostatnio wrażenie, że na Papierolkach papieru coraz mniej:-). Chyba nie pokazywałam Wam jeszcze pewnego czekoladownika. Powstał miesiąc temu i od razu powędrował wraz z życzeniami  i tą torbą>> do solenizantki Marysi>>.   Jesienno - rustykalne nastroje dopadały mnie jak widać już w pełni lata, ale jest także w tej kompozycji pachnąca latem lawenda i  słoneczne motylki...






no i czekolada,  czekolada jest dobra na wszystko:-)

Pozdrawiam serdecznie i pędzę do zdecydowanie mniej przyjemnych papierków, bo to dzisiejsze zauroczenie słoneczno - jesienne, którym chciałam się z Wami podzielić, najpewniej zaskutkuje kolejną zarwaną nocką.


Copyright © 2014 Papierolki , Blogger