czwartek, 25 maja 2017

Obfitość

Maj - miesiąc wiosennej obfitości powolutku cichnie.


Przywitał nas zimowo, nie żałował tego zimna, nie żałował też deszczu, reglamentując dawki słonecznej i ciepłej pogody. Dziś  słońce i ciepełko też raczej nieśmiałe, a ja łapiąc światło do obfotografowania swoich majowych kartek ze zdziwieniem odkryłam, że bzy już zaczynają przekwitać. Gdzieś w życiowym zabieganiu nie zdążyłam się nimi nacieszyć, więc zamiast posta kartkowego wyszedł mi ogrodowy, ale może warto zatrzymać  jeszcze na chwilkę ten majowy spektakl póki trwa i nie ucichł zupełnie.
Mam zaledwie dwa, bardzo stare krzewy bzu. Niby niewiele, ale umiar w ilości nadrabia ich wielkość i obfitość kwitnienia. Jeden lilak  zacienia moją osobistą świątynię dumania;-), a przy okazji zagląda mi właśnie przez balkonowe okno częstując słodkim zapachem.


Drugi, bardzo już wiekowy królewicz majowy usadowiony w narożniku działki  zaanektował spory kawałek domowego trawnika i chyba ciągle mu mało,  bo mimo solidnego przycinania z wielką ochotą wystawia swoje wdzięki także z drugiej strony płotu.





Od kilku lat obsypane majowym kwieciem lilaki mają towarzystwo młodziutkiej jeszcze bardzo królewny wisterii. Gdyby nie kwietniowe i majowe przymrozki królewna byłaby jeszcze bardziej urokliwa, ale i tak jestem zadowolona, że z pomocą drabiny  i agrowłókniny trochę widowiska udało  się uratować.





A skąd mi przyszła do głowy ta muzyczna "Obfitość" jako tytuł posta? Gusta muzyczne - jak zapewne już wiecie - mam równie zróżnicowane jak te rękodzielnicze i estetyczne, wszystko zależy od nastroju i "duchowych potrzeb". Jednego za to jestem pewna - życia bez muzyki sobie nie wyobrażam. W ubiegłą niedzielę udało mi się nareszcie spełnić jedną z wielkich muzycznych zachcianek i wysłuchać na żywo koncertu pani Stanisławy Celińskiej (o swoim "Atramentowym" zauroczeniu pisałam  rok temu, dokładnie tutaj>>).  Kiedy ma się takie niszowe zachcianki a do tego mieszka się w małym miasteczku, w którym nie ma teatrów, sal koncertowych a nawet kina, to trochę samozaparcia potrzeba, aby takie pomysły realizować. Piękna muzyka, zachwycająca swoją prostotą i znaczące słowa gwarantowały duchową ucztę. I uczta była niewątpliwie - okraszona ciepłym, pełnym życiowej mądrości głosem pani Stasi i niesamowitymi popisami wirtuozerii całego jedenastoosobowego zespołu muzyków.  Jeżeli kiedyś będziecie mieć ochotę i możliwość posłuchania koncertu "Atramentowa", to polecam z całego serca.

Kartki już sobie dzisiaj podaruję, bo przy tej majowej obfitości wypadają blado ;-),  ale na zakończenie chciałabym jeszcze podziękować Dorocie i jej kotu>>, która do obfitości majowych tego tygodnia dorzuciła mi jeszcze niespodziankę w postaci  scrapków :-D.
Ja i moje koszyczki (oraz kartki w porywach ;-)) bardzo serdecznie dziękujemy Dorotko!


 Pozdrawiam:-)


sobota, 20 maja 2017

Jak po sznurku...

czyli równiutko miało być, nie do końca mi wyszło, ale będę trenować dalej ;-)  Mowa o bawełnianym dywaniku. Do sznurkowego dziergania zachęcił mnie śliczny dywanik wypatrzony na blogu Wreduli, dokładnie tutaj>> 
Niby nic trudnego, sznurek bawełniany (5mm), szydełko, a właściwie szydło (moje kupione u "chińczyka" ma podobno 8 mm). Oczywiście potrzeba też trochę czasu i cierpliwości. Cierpliwość  przydaje się wyjątkowo, bo przerabianie takiej ilości półsłupków jest dość żmudnym zajęciem. Poza tym, jak ktoś jest przyzwyczajony do dziergania wełenką albo nitką, to dzierganie grubym sznurkiem jest dość meczące ze względu na grubość sznurka, która powoduje, że robótka jest sztywna i ciężka. Ale cel uświęca środki, więc kilka wieczorów, odcisk na palcu i mam swój prostokątny, bawełniany dywanik. Efekt jest całkiem fajny, chociaż do ideałów, które znalazłam tutaj>> trochę brakuje:-)









A w miejscu docelowym, czyli mojej łazience wygląda tak ...


Wymiary 50 x 100 cm  pochłonęły cały stumetrowy kłębek szarego sznurka, a z pozostałych kolorów trochę mi zostało. Nie do końca podoba mi się brzeg. Wpadłam na pomysł obrobienia całości tylko dlatego, że nie miałam pojęcia jak poradzić sobie z miejscami, w których zmieniamy kolor sznurka. Supełki odpadają zupełnie, chowanie sznurków w robótkę też średnio wygląda, wszystko oczywiście ze względu na grubość sznurka. Spróbowałam po prostu zszyć końcówki sznurka, ale jak wiadomo, ja i szycie to dwa odległe światy wiec potrzebny był kamuflaż:-) Może ktoś z Was ma jakieś doświadczenia w tej dziedzinie i coś podpowie? 
Sznurka jeszcze trochę mi zostało, potrzeb domowych też, a poza tym  estetyczna prostota i pewna surowość tych idealnych dywaników tak mnie kusi, że na pewno coś sznurkowego jeszcze powstanie. W kolejce czeka okrągły  "koło - prysznicowy" dywanik do kompletu, tylko nie mogę się zdecydować jak się do tego kółka zabrać, bo jak się dowiedziałam, korzystając z dobrodziejstw informacyjnych sieci, metod na półsłupkowe, równe kółko jest co najmniej kilka. Może ktoś z Was ma jakieś doświadczenia w tej dziedzinie?

Wielkopolska wiosna dziś zrobiła sobie termiczną przerwę. Było chłodno i pochmurno a słonko pokazało się dopiero pod wieczór. Za to trwa w najlepsze sezon szparagowy, a ja - jako maniaczka szparagowa - taką miałam dziś kolacyjkę;-)


Gdyby ktoś miał ochotę na taki zielony miks wiosenny to podaję skład talerza: roszponka, rzodkiewki, zielone szparagi (podgotowane, najlepiej na parze), kawałeczki wędzonego na ciepło łososia albo jakiejś innej rybki, szczypiorek, zielona pietruszka i winegret (u mnie  w wersji bez soli, za to z miodem i musztardą). Przepis wyszperałam kiedyś gdzieś w sieci, ale autora niestety nie pamiętam, za to smak chodził za mną cały rok.
Pozdrawiam ciepło:-)

niedziela, 14 maja 2017

Wiosna :-)

Miałam wrócić razem z wiosną, więc jestem:-) Wiosna się uwinęła, to i ja musiałam.  Dziękuję Wam bardzo za pozytywne myśli i ciepłe słowa, w komentarzach pod poprzednim postem i nie tylko;-)
Lubię ten moment kiedy znów,  na jakiś czas,  dostaję przepustkę do "normalnego" życia. Nie wiedzieć skąd przybywa mi wtedy energii i szalonych pomysłów, tych rękodzielniczych oczywiście też.  A szanowna pani wiosna, nareszcie taka na jaką wszyscy czekaliśmy, ma w tym na pewno swój niemały udział. Dziś przychodzę więc do Was z wiosną, ciepłą, słoneczną i kolorową, jak obiecałam:-) 

Moja gazetowa wiosna jest dość duża  (około 30 cm średnicy i 40 cm wysokości). Zaczynkiem do jej powstania była domowa potrzeba i temat kolejnego ciekawego wyzwania w Szufladzie>>. Tym razem inspiracją prac ma być "Majowy ogród".



Wczoraj mój prywatny, majowy ogród dał mi nieźle w kość. Trzeba było nadrobić zimny początek wiosny: rozprawić się z chwastami, obsadzić donice jednoroczniakami, posprzątać straty po ostatnim, solidnym oddechu zimy i zaprzyjaźnić się z kosiarką. Ale ogród to bardzo wdzięczny domownik, zawsze potrafi odpłacić z nawiązką poświęcony czas i bolące mięśnie. Razem z koszykiem zapraszam Was więc na spacer do mojego majowego ogrodu, w którym do ciągle jeszcze mocnych kwietniowych akcentów powolutku dołączają te bardziej majowe, tworząc razem przecudną mieszaninę barw i zapachów. 











A po słonecznym spacerze można przysiąść w zacienionym kąciku i delektując się domowym drożdżowcem (z rabarbarem oczywiście;-)) napisać posta, pobiegać po blogach i poczekać na zapowiadaną majową burzę. 


Piękny ten maj, chwilo trwaj:-)

Pozdrawiam i zmykam do domu, bo właśnie zaczyna padać ciepły wiosenny deszcz:-)

środa, 10 maja 2017

Koronkowa robota

Miałam wpaść dzisiaj ze śniegiem, tym związanym z noworocznym postanowieniem supłania cały rok śnieżynek na bożonarodzeniową choinkę, ale wiosna mnie uprzedziła, więc postanowiłam odpuścić Wam te tortury;-)
Bardzo lubię bawełniane koronki, oczywiście najbardziej te supłane ręcznie. 
Frywolitkowe, dziergane, wiązane z użyciem klocków - nieistotne. Każda technika daje inne możliwości i efekty, każda wymaga też sporo cierpliwości (i sokolego wzroku;-)), bo precyzja w supłaniu cienkich niteczek, to niezbędny element do uzyskania misternego i delikatnego efektu. Od jakiegoś czasu, właśnie przy okazji dziergania śnieżynek, próbuję się mierzyć z koronką szydełkową. Gdzieś wyczytałam, że to frywolitka należy do jednej z trudniejszych technik koronczarskich, a ja mam ciągle problem z szydełkiem. Niby coś tam o szydełkowaniu wiem, ale mimo wszystko drobniutkim szydełkiem i kordonkiem dzierga się troszkę inaczej niż wełną i jakoś  nie umiem się  przestawić;-)
Kilka dni temu, korzystając z "przepięknej" majówki  dałam się skusić robótkowym podszeptom koronkowym i wydziergałam sobie serwetkę. Wzór wypatrzyłam dawno temu na blogu Anabelia craft design>> i długo za mną chodził. Sama nie wiem dlaczego, po prostu ta serweteczka strasznie mi się spodobała:-). 
Do mistrzostwa autorki wzoru ciągle mi daleko. Oczywiście - tradycyjnie już - rąbnęłam się w przedostatnim rzędzie i nie starczyło mi  cierpliwości na prucie i powtarzanie,  dlatego ostatni rządek  wygląda trochę inaczej. Trochę żałuję tego swojego lenistwa, bo efekt jednak nie ten, ale serwetka jest i biorąc pod uwagę ile mnie kosztowała cierpliwości, to postanowiłam się nią pochwalić:-) Kordonek   Babylo DMC nr 10 w kolorze ecru, średnica około30 cm.







A z tęsknoty za słonecznym majem wydziergałam sobie jeszcze taką wiosenną pajęczynkę, na podstawie wzoru z tego samego bloga;-)



Skoro temat koronkowy, to jeszcze może troszkę zaległej frywolitki. Moje ulubione serduszko według wzoru>> Susan K. Fuller. Też się rąbnęłam, ale nie powiem gdzie;-). Serduszko poleciało do Marysi>> jako  świąteczny upominek i zapomniałam go uwiecznić więc za pozwoleniem Marysi korzystam z jej zdjęcia.



Śniegu dziś nie było, za to deszcz miał się bardzo dobrze, w przeciwieństwie do mnie ;-)


Słońce próbowało się przebić zza warstwy deszczowych chmur, ale też kiepsko mu szło.


Jutro mam ciężki dzień, muszę wpaść do mojego "drugiego" świata.
Mam nadzieję, że wrócę, najlepiej razem z wiosną ;-)

sobota, 6 maja 2017

Skołowana jestem...

...niezdecydowana i lekko zagubiona, dokładnie tak jak wielkopolska wiosna. Dziś znów stalowe niebo i siąpiący co chwila deszcz. Snuję się z kąta w kąt opatulona w ciepły sweter, ziewam na potęgę  i pocieszam czekoladą. Tak, czekolada jest dobra na wszystko! Tylko ubrania się od niej wstępują, ale przynajmniej mamy powód żeby kupić sobie nowe ;-)
Robótkowo też jestem skołowana i to dosłownie. Supłam w kółko, plotę w kółko i dziergam też w kółko. Dzierganie udało mi się wczoraj wieczorem jakoś zakończyć, chociaż podobno koło - jako powracająca do siebie samej linia - nie ma początku, ani końca;-).
Właściwie to mogłabym sobie jeszcze dziergać,  bo to bardzo przyjemne zajęcie jest, ale włóczka mi się skończyła. Dziergałam z dropsowej  bawełny recyklingowej, która  strukturą trochę przypomina luźno skręcony sznurek (DropsYou5). Miałam tej bawełny trzy różnych kolorów motki i jakieś resztki. Kupiłam kiedyś "na próbę" i tak sobie leżały. W końcu wpadłam na pomysł, że spróbuje zmierzyć się z dywanikiem. Samej włóczki było raczej za mało, więc żeby całość była lekko usztywniona połączyłam włóczkę z jasnym sznurkiem bawełnianym, który gdzieś wygrzebałam na strychu. Etykieta głosiła, że to "surowa bawełna" czyli  sznurek wędliniarski;-)
Powstał mandalowy dywanik o średnicy około 60 cm. Lubię mandalowe wzory i mam do nich pewien sentyment, ale o tym już kiedyś pisałam (tutaj>>).  Te szydełkowe są zazwyczaj bardzo kolorowe i optymistyczne, więc takie w sam raz na niepogodę wiosenną i niepogodę ducha;-). Na starcie skorzystałam  ze wzoru autorstwa Magdaleny z bloga QS Crochet >>, a potem poszłam na żywioł i nawet udało mi się w miarę równe i niepofalowane kółeczko wydziergać.

Po południu chwilkę nie padało więc są i zdjęcia...



 






Kolorystyka dość przypadkowa, ale z efektu końcowego jestem zadowolona i nabrałam ochoty na więcej. Może tym razem komplet dywaników do łazienki? Sznurek już sobie zmówiłam;-)

Deszcz ma się całkiem dobrze, właśnie siąpi miarowo za oknem. Kiedy zerkam na prognozy pogody na cały tydzień słońca niestety nie dostrzegam. Pozostaje wierzyć, że prognozy się mylą i zająć się czymś przyjemnym, niekoniecznie czekoladowym ;-)


Pozdrawiam :-)